Jump to content

BAŁKANY SIERPIEŃ 2012 - CZYLI KIEDY SUBARU TEŻ MA URLOP


zoui
 Share

Recommended Posts

Niezapomniana wyprawa na Krym, w której braliśmy udział w sierpniu zeszłego roku, rozszerzyła nasze horyzonty. Poczuliśmy, że nie ma miejsca, którego nie moglibyśmy zdobyć. Plany na tegoroczne wakacje były szeroko zakrojone – zdobywamy Gruzję! Niestety tym razem wyobraźnia została ostudzona przez zdroworozsądkowe podejście bardziej doświadczonych kolegów: „w dwa tygodnie zdążycie do Gruzji dojechać i wrócić – nie wystarczy wam czasu na zwiedzanie”. Weryfikację planów przyspieszyła wiadomość od Loraka, który rzucił pomysł zwiedzania Albanii, a przy okazji wstępnego zeksplorowania Bałkanów. Decyzja jak zwykle była błyskawiczna – Gruzja poczeka do przyszłego roku, a w te wakacje szukamy bunkrów i mercedesów.

 

 

dsc7405v.jpg

 

 

 

 

mapkamx.jpg

Etap pierwszy.

Dojazd do Gucy

 

Plan na pierwszy dzień nie był zbyt skomplikowany. Wsiąść do auta i możliwe szybko przejechać asfaltowymi drogami z Poznania na Festiwal Trąbek do Gucy w Serbii. Punkt zborny został wyznaczony wstępnie w Budapeszcie na godzinę 4:30. Jeszcze w Polsce przed granicą z Czechami spotkaliśmy się z Olą i Marcinem, z którymi ruszyliśmy w dalszą drogę. Niestety Karol z Gosią mieli problemy techniczne, przez co ich wyjazd z Krakowa się mocno opóźnił. Pech miał się niebawem okazać dla nas wybawieniem.

Podróż przebiegała sprawnie, o świcie w Budapeszcie zrobiliśmy postój na śniadanie i kawę. Karol nadal walczył w Krakowie z samochodem, który dzień wcześniej odebrał z serwisu. Po całym dniu jazdy zbliżaliśmy się do granicy węgiersko-serbskiej w Tompie. Niemiła niespodziankę sprawił Landek Marcina i Oli, w którym pojawiły się dziwne odgłosy dobiegające z okolic skrzyni biegów. Początkowo mieliśmy nadzieję, że to drobiazg, ale nadzieja okazała się płonna. Werdykt po konsultacjach telefonicznych z Polską był druzgocący: koniec jazdy, padło sprzęgło. Stojąc na polnej drodze gdzieś między Szeged a Tompą zaczęliśmy opracowywać nowy plan. Trzeba znaleźć warsztat, potwierdzić zdiagnozowany telefonicznie problem i zorganizować części. Zholowaliśmy uszkodzonego Landka do najbliższej miejscowości i rozpoczęliśmy poszukiwania mechanika. Chłopcy zasięgnęli języka w przydrożnym barze, skąd niezwykle uprzejmy pan Janusz swoim Simsonem ruszył do wioski w poszukiwaniu mechanika. Było to o tyle trudne, ze pech dosięgnął nas w sobotę po południu. Niestety Węgrzy cenią sobie czas wolny i żaden człowiek pracy nie zdecydował się nam pomóc. Napotkany policjant doradził, abyśmy poszukali mechanika bliżej granicy. Wróciliśmy do holowania. Policjant miał rację. Tuż przy samej granicy zauważyłam parking z bardzo dużą ilością samochodów. Okazało się, że parking jest prowadzony nie przez Węgrów a serbskich Cyganów, którzy mają lepszą żyłkę do interesów. Może nawet zbyt dobrą, bo za sprzęgło z wymianą zażyczyli sobie trzykrotną cenę polską. Ale od czego ma się kolegów! Karol dojeżdżał do Budapesztu. Na prośbę Marcina rozpoczął intensywne poszukiwania części w przyzwoitej cenie. I jak to Karol - znalazł!!! Teraz tylko poczekamy 6 godzin i po utargowaniu ceny za robociznę usuniemy usterkę. W czasie oczekiwania na części zrobiliśmy piknik na uroczym parkingu pośród ptactwa domowego, trzody chlewnej i wraków starych samochodów. Po bagatela trzech godzinach zaczęła się zjeżdżać ekipa naprawcza: mechanik główny, pomocnik, specjalista z komórką, księgowa, dział marketingu oraz cała masa osób towarzyszących. Rodziny cygańskie są dość liczne...

Landek podjechał na misternie ustawiona stertę palet i zaczął się demontaż. Po spuszczeniu olejów okazało się, że to jednak problem ze skrzynią a nie ze sprzęgłem. Części, które zdobył Karol, były niewystarczające. Nowo poznany kolega Karola, szef serwisu w Budapeszcie, nie pozostawił nas na pastwę losu, wysyłając po uszkodzony samochód lawetę wraz z zapewnieniem szybkiej naprawy.

 

dsc7027l.jpg

 

 

 

dsc7032z.jpg

 

 

 

 

 

 

Ola i Marcin wracają do Budapesztu, a po naprawie mają do nas dołączyć na późniejszym etapie. Choć jesteśmy już bardzo zmęczeni, mimo 40 godzin bez snu i zapadającego zmroku ruszamy z Gosią i Karolem do Guczy, gdzie czekają na nas przyjaciele z wyprawy na Krym: Monika, Bartek i Kacper.

 

 

 

 

dsc7044x.jpg

 

 

 

Etap drugi.

Serbia

 

Gucza przywitała nas trąbkami. Cała wioska zamieniła się w ogromne pole namiotowe i scenę muzyczną. Na każdym rogu ulicy z głośników dobiegało bałkańskie disco – cos na styl Bregovica okraszonego rytmami techno. Kuso ubrane kobiety i rozebrani mężczyźni tańczyli na podwyższeniu bałkańskie wygibasy i taniec brzucha. W każdej restauracji dla odmiany orkiestry trębaczy i bębniarzy umilały czas gościom. Właściwie to umilały czas sobie, bo muzycy świetnie się bawili, przepijając do siebie rakiję w dużych ilościach. Po zjedzeniu ogromnej michy pljeskavicy, cevapeku, grillowanego prosiaka i jagnięcia, sałatki szopskiej i serbskiej, zagryzieniu wszystkiego ljepinią i popiciu jeleniem ruszyliśmy na koncert finałowy. Niestety, zamiast trębaczy i bębniarzy koncertowała miejscowa gwiazda rockowa. Nie znaliśmy tekstów, żeby śpiewać z publicznością, więc wybraliśmy imprezę „u Grubego”, gdzie Serbowie bawili się przy dźwiękach bałkańskich przebojów. Tak zakończył się pełen wrażeń dzień w Gucy.

dsc7050kopia.jpg

 

dsc7070v.jpg

 

dsc7057p.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

dsc7072t.jpg

 

dsc7080n.jpg

 

dsc7074bz.jpg

 

 

 

 

Po śniadanku i kawce ruszamy w dalszą drogę. Tym razem na cel bierzemy monastyry. Po drodze jednak konieczna staje się wizyta u wulkanizatora. Karol ma problemy z prowadzeniem samochodu przy większych prędkościach i podejrzewa, że konieczne będzie wyważenie kół na przedniej osi. Z kolei Bartek musi załatać dętkę na kole zapasowym. Przy głównej drodze, w jednym z większych miasteczek, znajdujemy wulkanizatora. Po zdjęciu kół w aucie Karola okazuje się, że przyczyną znoszenia Landka są łożyska w piastach. Nie ma to jednak, jak dobrze przygotowana ekipa! Karol wyjął z rescue-skrzynki zapasowe łożyska i przy niewielkiej pomocy pracowników wulkanizacji naprawa została szybko wykonana. Za naprawę koła Ladry i usunięcie awarii Karola, razem ze zlikwidowaniem luzów w drugim kole po stronie kierowcy zapłaciliśmy oszałamiającą kwotę 30 zł za dwa auta - krzesełka dla gapiów, wyniesione na parking przez żonę właściciela zakładu, wliczone w cenę. Warsztat został zaaprobowany naklejką Landkliniczną – wskazówką dla ewentualnych następnych klientów.

 

 

dsc7051h.jpg

 

 

 

 

 

 

 

65689590.jpg

 

24923767.jpg

 

Cooo? Ja nie dam rady?

 

 

 

 

Czas na dalsze zwiedzanie. Na obrzeżach parku narodowego Golija, położonego w paśmie gór o tej samej nazwie, leżących w Górach Dynarskich, w miejscowości Studenica, położony jest średniowieczny klasztor prawosławny z Cerkwią Zaśnięcia Bogurodzicy. Początki tego kompleksu pochodzą z końca XII wieku. Jest to jeden z największych i najbogatszych monastyrów prawosławnych w Serbii, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1986 r.

 

We wnętrzu wybudowanej z marmuru cerkwi przez dłuższą chwilę podziwialiśmy pieczołowicie renowowane freski, pochodzące z XII wieku. W pewnym momencie podszedł do naszej grupy młody mężczyzna, który zaczął wypytywać nas, skąd jesteśmy. Gdy dowiedział się, że przyjechaliśmy z Polski, zaczął opowiadać nam o miejscu, w którym byliśmy. Okazało się, że zwiedzana przez nas cerkiew jest uznawana za kolebkę serbskiego chrześcijaństwa. W cerkwi w Studenicy Św. Sawa przyjął chrześcijaństwo, od niego również rozpoczęła się dynastia Nemanjić, ówczesnych władców Serbii. Zwiedzana przez nas cerkiew jest swoistą nekropolią tego rodu. Biskupi zarządzający monastyrem byli jednocześnie kolejnymi władcami średniowiecznej Serbii. Obecnie miejscowi konserwatorzy pracują nad przywróceniem temu zabytkowi dawnej świetności. Rozmowa była okazją do wymiany informacji o rozwoju chrześcijaństwa w Polsce i w Serbii. Nasz rozmówca uświadomił nam, że nasi królowie rzadko kiedy łączyli funkcję władzy świeckiej i kościelnej, w przeciwieństwie do władców Serbii, którzy jednocześnie byli biskupami.

 

 

 

 

 

 

 

 

dsc7117o.jpg

 

 

 

92555198.jpg

 

 

 

33091548.jpg

 

20469407ugnwa.jpg

 

 

 

Po zwiedzaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. W porze obiadowej poszukaliśmy uroczego miejsca na postój. Po dość ostrym zjeździe obok karczmy „Krym” znaleźliśmy malownicze miejsce u ujścia Studenicy do rzeki Ibr. Kiedy rozkoszowaliśmy się obiadkiem i kawką z ekspresu nad brzegiem strumienia, podszedł do nas dość dziwny wędrowiec z plecakiem. Spytał się, czy będziemy w tym miejscu nocować, ponieważ chciałby rozbić namiot nieopodal nas. Podczas krótkiej rozmowy okazało się, że nieznajomy to młody Niemiec, który wędruje pieszo z Bayreuth do Jerozolimy. Pokonał już 2000 km i ma nadzieję dojść do Izraela na Boże Narodzenie. Spotykani po drodze ludzie częstują go jedzeniem i zapraszają na nocleg. Na nasze pytanie, jaki jest cel jego wędrówki, odpowiedział, że na razie jeszcze nie wie, ale ma nadzieję odnaleźć sens swojej podróży po dotarciu do celu. Niestety nie planowaliśmy zostać w tym miejscu na nocleg, więc pożegnaliśmy spotkanego towarzysza podróży i ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

dsc7133hw.jpg

 

dsc7135.jpg

 

 

 

 

 

dsc7149j.jpg

 

 

 

 

Chyba coś stuka... sprawdzimy później ;)

 

 

48204148.jpg

 

Noc złapała nas przed wejściem do kolejnej atrakcji – „Davolja varos”, czyli Diabelskich Skał w górach Radan – atrakcji uznanej za pomnik przyrody pierwszej kategorii. Ponieważ rano zaplanowaliśmy zwiedzanie tego miejsca, podjęliśmy decyzję, że obóz rozbijemy na parkingu przed „Diabelskimi Wrotami”, czy bramą wejściową do parku.

 

 

 

 

Po śniadanku pod gołym niebem ruszyliśmy na wycieczkę. Przy kasie otrzymaliśmy plan atrakcji i broszurkę w języku polskim. Trasa zwiedzania prowadzi wzdłuż strumienia, który ma swoje źródło u podnóża Diabelskich Skał. Woda w rzeczce i całe jej dno są zabarwione na rdzawo – pomarańczowy kolor, a to za sprawą wysokiego stężenia minerałów – około 15 gram na litr wody. Woda w strumieniu jest bardzo silnie zakwaszona – jej odczyn wynosi 1,5 pH. Trasa jest krótka i niezbyt wymagająca, ale za to bardzo malownicza. Po drodze mijamy stare drzewa, których sękate konary wyglądają, jak gdyby chciały nas chwycić. Po przejściu krótkiego mostku dochodzimy do Diabelskiego Źródła, które daje początek strumieniowi. Niedaleko od źródełka zaczynają się niezwykłe formacje skalne, przypominające stożki z kapelusikami na szczytach. Formacje te mają wysokość od 2 do 15 metrów. Płynąca przez ten teren woda wypłukała bardziej „miękkie” skały, nadając im kształt stożków. Wierzchnia warstwa skał – twardsza, bo bazaltowa, nie poddała się tak szybko erozji, wskutek czego na szczytach stożków pozostały skalne „czapeczki”, nadając całym formacjom kształt grzybków. Z postawionych dla zwiedzających platform widokowych rozciąga się panorama na całą dolinę. „Davolja varos” było nominowane do siedmiu nowych cudów świata.

 

dsc7161f.jpg

 

 

 

 

 

 

 

dsc7200j.jpg

 

 

 

dsc7203o.jpg

 

 

 

Podczas krótkiej narady zapadła ryzykowna decyzja skrócenia drogi przez Kosowo. Zgodnie z mapą przez to państwo prowadziła prosta droga, dzięki której zaoszczędzilibyśmy 200 km. Terytorium Kosowa nie jest zbyt bezpieczne, ponadto słyszeliśmy o bardzo wysokich opłatach za ubezpieczenie za przejazd przez ten kraj, ale postanowiliśmy dojechać do granicy i na miejscu się zorientować.

 

Dojazd do granicy z Kosowem to wielki plac budowy. Kilkunastokilometrowy korek ciężarówek udało nam się wyprzedzić lewym pasem, mijając na styk samochody jadące z naprzeciwka. Odstraszające czerwone tablice z białymi trupimi czaszkami i napisami „Uwaga miny” robiły dośc niesympatyczne wrażenie. Dojechaliśmy do posterunku granicznego, a delegacja poszła zorientować się odnośnie opłat, które musielibyśmy ponieść. Niestety celnicy nie byli nam w stanie udzielić takiej informacji, podejrzewali, że opłaty te wynoszą ponad 200 euro za auto. Ponadto poinformowali nas, że na terenie Kosowa do 10.30 zginęło już pięć osób, a dwie dziewczyny zostały zgwałcone. Po tej informacji zrezygnowaliśmy z przejazdu przez Kosowo i ruszyliśmy okrężną drogą do Macedonii.

 

 

 

dsc7223i.jpg

 

 

dsc7226i.jpg

 

dsc7222c.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

Po drodze przypadkowo zatrzymaliśmy się w małym miasteczku przy sklepiku, prowadzonym przez małżeństwo bardzo sympatycznych staruszków. Właściciele sprzedawali tam ręcznie produkowane sznurki, wędzidła, miotły i wiadra. Sklep funkcjonuje od 1907 r. i wygląda tak, jakby od tamtego czasu nic się w nim nie zmieniło.

 

 

dsc7236t.jpg

 

dsc7241i.jpg

 

 

Po krótkiej wizycie w sklepiku ruszamy szybko ku granicy z Macedonią. Zanim jednak do niej dotrzemy, czeka nas jeszcze jedna atrakcja – zwiedzanie Wieży Czaszek w Niszu – trzecim co do wielkości mieście Serbii. Już w samej miejscowości Bartek jest uczestnikiem małej kolizji – bliskie spotkanie Landka z miejskim autobusem kończy się wygięciem lusterka. Na szczęście przyjazne nastawienie do cudzoziemców powoduje, że napięta atmosfera szybko zostaje rozładowana.

 

Wieża Czaszek – Ćele Kule – jest upamiętnieniem serbskiego buntu przeciwko panowaniu na tych terenach Imperium Osmańskiego. Serbscy rebelianci bronili miasta przed wielokrotnie większą armią osmańską. Mając świadomość klęski, dowodzący Serbami generał Stevan Sindelić podjął decyzję o samobójczym zamachu i po osaczeniu przez oddziały tureckie wysadził magazyn z bronią. W akcji tej zginęło wielu Serbów, ale również około sześciu tysięcy Turków. Dowódca oddziałów tureckich w odwecie nakazał zebrać serbskie ciała i ku przestrodze wybudować wieżę z czaszek serbskich obrońców. Według podania wieża miała wysokość trzech metrów i zbudowana była z 952 czaszek. Do chwili obecnej zachowało się ich jedynie 58.

 

 

 

 

 

 

 

dsc7248q.jpg

 

 

Przed granicą z Macedonią znaleźliśmy nad rzeką miłe miejsce na późną kolację. Podczas gdy damska część załogi relaksowała się na leżaczkach przy książkach, muzyce i pogaduchach, chłopcy zajęli się remontem dyfra w jednym z aut. Przy użyciu tak profesjonalnych narzędzi jak klucz do kół, którym demontowali tylny most i koło zapasowe, służące za podstawkę, świetnie sobie poradzili z awarią Wieczorem dojechali do nas Ola i Marcin naprawionym w Budapeszcie Landkiem.

 

dsc7255.jpg

 

 

 

dsc7269m.jpg

 

dsc7265n.jpg

 

 

 

 

Około godziny 23.00 przekroczyliśmy granicę w Macedonii.

 

 

 

dsc0881i.jpg

 

 

Etap trzeci.

 

Macedonia

 

Po przekroczeniu granicy ruszyliśmy serpentynami w dalszą trasę. W dolinach jak na dłoni widać było rozświetlone miasteczka i wioski. W Serbii po zapadnięciu zmroku życie na ulicach wymierało, ulice miast były puste i trudno było znaleźć otwarte lokale. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w Macedonii, każdej z miejscowości, przez którą przejeżdżaliśmy – a przecież było już dawno po północy - musieliśmy przebijać się przez tłumy młodych ludzi, bawiących się na ulicach. Być może sprzyjała temu temperatura, wyższa niż w Serbii o co najmniej 10 stopni. Po trwającej kilka godzin podróży dotarliśmy na wysokie wzniesienie, które wydało się dobrym miejscem na nocleg. Rano okazało się, że była to świetna decyzja. Pobudka wczesnym rankiem nagrodziła nas niesamowitym widokiem. Okazało się, że założyliśmy obóz na szczycie wzgórza, wśród winnic, z widokiem na okoliczne doliny i wyłaniające się z oddali surowe szczyty dwutysięczników.

 

dsc0889g.jpg

 

 

 

dsc0905k.jpg

 

Po krótkiej naradzie wzięliśmy na cel cerkiew i kompleks klasztorny Małej Bogurodzicy w Sogle. Dojazd do klasztoru będzie wreszcie początkiem offroadu. Czas zjechać z asfaltu! Niezbyt stromy podjazd pod górę daje efekt w postaci grzania się auta Marcina. Zapada decyzja: przerwa na naprawę. Sprawne auta ruszają na zwiedzanie, a Marcin z pomocą Karola podejmie próbę rozwiązania problemu. Po zamontowaniu wisko na „trytytki” można kontynuować podróż, mając nadzieję, że to tymczasowe rozwiązanie okaże się skuteczne.

 

Po kilkuset metrach docieramy do kompleksu klasztornego Małej Bogurodzicy. W klasztorze mieszka obecnie dwóch mnichów. Zwiedzanie rozpoczynamy od cerkwi Bogurodzicy. Na progu dziewczyny muszą założyć obowiązkowe długie spódnice i chustami okryć ramiona. We wnętrzu cerkwi podeszła do nas starsza kobieta – Serbka na stałe mieszkająca w Niemczech, która płynną niemczyzną opowiedziała nam o historii świątyni. We wnętrzu budynku znajduje się kilkadziesiąt ikon, z których dwie – według wierzeń miejscowej ludności – mają cudowną moc. Większa ikona wisi na ołtarzu – ponoć modlą się do niej ludzie proszący o uzdrowienie. Malutka ikona na lewej ścianie świątyni jest również uznawana za cudowny obraz, bowiem w trakcie bombardowania wszelkie budynki i znajdujące się w nich przedmioty uległy zniszczeniu, a ocalała tylko ta ikona. Po zwiedzeniu świątyni sympatyczna przewodniczka zaprosiła nas na taras na kawę i poczęstunek, podczas którego przyłączył się do nas miejscowy mnich. Bardzo przyjemnie było odpocząć od upału, siedząc wśród ogrodu pełnego cynii z widokiem na góry, popijając kawę, colę, zagryzając słodkim melonem i słuchając pieśni cerkiewnych dobiegających z wnętrza budynku. Niejedno z nas zaczęło zastanawiać się nad rzuceniem pośpiesznego życia i pozostaniem w klasztorze. Nagle przez naszą senną grupę przeszedł dreszcz emocji. Zerwaliśmy się wszyscy i podbiegliśmy do klombu z cyniami. Kolibry! Ruszyły migawki aparatów i kamery video. Niestety, okazało się, że te owady, łudząco przypominające koliberki, to motyle o nazwie furczak gołąbek. Ale i tak widok tego motyla był niezapomniany.

 

dsc7286p.jpg

 

 

 

dsc7288p.jpg

 

dsc7289l.jpg

 

 

 

dsc0912np.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

dsc7292f.jpg

 

dsc7295i.jpg

 

Po krótkiej wizycie w monastyrze ruszamy w dalszą drogę. Mamy plan, aby offroadową trasą przedostać się na drugą stronę pasma górskiego Dautica, do miejscowości Makedonski Brod. Punktem wyjścia trasy offroadowej jest wioska Bogomila. Robiąc zakupy w miejscowym sklepiku upewniamy się podczas rozmowy z miejscowymi, że obraliśmy dobrą drogę. Nasza dalsza podróż pokaże, że wskazówki nie do końca były właściwe.

 

Poruszamy się wąską zarośniętą ścieżką, która najpierw wiedzie przez gęsty las, a następnie wije się po zboczu góry. Kierowcy muszą mocno się koncentrować, a piloci i pasażerowie mają możliwość podziwiania zapierających dech w piersiach widoków. Na kilku trudnych odcinkach trzeba użyć wyciągarek i lin, a przerwa jest świetną okazją do objadania się wielkimi jak wiśnie i słodkimi jak miód jeżynami, których z uwagi na trudny dojazd chyba nikt nigdy nie zbierał. Niestety po trzech godzinach wymagającej terenowo trasy na wysokości ponad 1000 metrów n. p. m. dojeżdżamy do miejsca, w którym droga zamieniła się w osuwisko skalne. Nie ma możliwości kontynuowania podróży. Ponieważ z jednej strony mamy strome zbocze, z drugiej przepaść, a droga ma szerokość samochodu, auta muszą się wycofać do miejsca, gdzie będzie możliwość zawrócenia. Kierowcy koncentrują się na manewrach, a piloci, idąc tyłem przed samochodami, dają wskazówki odnośnie kierunku jazdy i usuwają z drogi przeszkody w postaci wielkich kamieni. Po kilkuset metrach udaje się zawrócić auta i ruszamy w drogę powrotną. Próba znalezienia przejazdu przez stromą skalistą ścieżkę ponownie kończy się niepowodzeniem. Również i droga powrotna nie obywa się bez konieczności użycia lin i wyciągarek. Ponieważ powoli zapada zmrok, podejmujemy decyzję o powrocie do Bogomily. Trudno, może następna przeprawa offroadowa okaże się skuteczniejsza.

 

 

dsc7301b.jpg

 

 

 

dsc7305g.jpg

 

dsc7304h.jpg

 

 

 

dsc0984cn.jpg

 

dsc0994z.jpg

 

 

dsc0952v.jpg

 

 

 

 

dsc1007dq.jpg

 

 

 

 

Już po powrocie na drogę asfaltową wszyscy przypominają sobie, że cały dzień nie robiliśmy popasu. Zatrzymujemy się nad rzeczką, gdzie po krótkim posiłku co odważniejsi zażywają kąpieli w lodowatym górskim strumieniu.

 

 

dsc7321.jpg

 

 

Naszym kolejnym celem jest miasto Prilep.

 

 

c.d.n. icon_wink.gif

Link to comment
Share on other sites

Waraxe, Bardzo się cieszę , że Ci sie podobało. Jak znajdę chwilę, dopiszę ciąg dalszy. Listopadowe wieczory sprzyjają wakacyjnym wspomnieniom :-)

Link to comment
Share on other sites

Jasne, od Serbów, dalej nas nie przepuścili bez oficjalnego przekroczenia granicy. Podejrzewaliśmy, że doniesienia o zabójstwach i gwałtach są trochę przesadzone. Ale o wysokiej opłacie za ubezpieczenie słyszeliśmy od znajomych, którzy tamtędy jechali i zostali postawieni przed faktem dokonanym.

Link to comment
Share on other sites

Ubezpieczenie przy wjeździe do Kosova od Serbii (TYLKO!!!) to około 50EU za auto.

Jeśli chodzi o zagrożenia - nie czułem się wcale, ale to wcale zagrożony. Wręcz przeciwnie.

Aczkolwiek moja ocena wynika z zażyłości z kosowskimi Albańczykami i tego co razem przeżyliśmy.

Link to comment
Share on other sites

@@zoui, rewelka! Wrazenie robi ilosc szczegolow, od lokalnych przykladow historii po nazwy pseudo-kolibrow i informacje geologiczne :D Przyznaj sie, po powrocie do domu polowe musialas sprawdzac w encyklopedii ;-)

 

Super sie czyta, naprawde. Czekam z niecierpliwoscia na c.d. a opowiesc docenilem kliknieciem na zielona strzalke ;)

 

 

PS

 

zwiedzamy miejscowosc X

naprawiamy auta

zwiedzamy miejscowosc Y

naprawiamy auta

zbieramy sie w kierunku sciezki offroadowej, yeah!

naprawiamy auta...

wracamy z nieudanej przeprawy offroadowej...

naprawiamy auta!

 

 

:mrgreen:

Link to comment
Share on other sites

Hahaha, Than_Junior, masz racje, troche tak bylo :) A to jeszcze nie byl koniec! Najwazniejsze, ze wszyscy wrocili na kolach, a awarie byly tego rodzaju, ze gdzies w srodku niczego mozna je bylo usunac ;)

 

Encyklopedia moze nie :). Ale przewodniki i nieocenione zrodlo, jakim byli nasi znajomi Monika i Bartek (Ladry), przygotowani baaardzo dokladnie :D

Edited by zoui
Link to comment
Share on other sites

PS

zwiedzamy (...)

naprawiamy (...)

 

landroverwm.jpg

 

Jak zoui pisze... przygód i awarii to nie koniec choć już po tych największych, reszta to tylko drobne pikusie, nie warte nawet wspominania ale...

 

Przez 6 lat posiadania Subaru nie miałem w sumie tylu awarii co podczas tej jednej wyprawy :cool:

 

Ale klimat niesamowity i co ciekawe jeżeli nie ma więcej niż 2-3 awarii w stadzie na dzień to nawet nie jest to ani stresujace ani za mocno denerwujące.

Link to comment
Share on other sites

Waraxe, Bardzo się cieszę , że Ci sie podobało. Jak znajdę chwilę, dopiszę ciąg dalszy. Listopadowe wieczory sprzyjają wakacyjnym wspomnieniom :smile:

Koniecznie! Lubię sobie poczytać i pooglądać jak inni czas wolny spędzają. Sam od 11 lat - z przyczyn zawodowych i osobistych - nie miałem urlopu :neutral:

Link to comment
Share on other sites

C.d.

 

W okolicach Prilepu znajduje się kolejna zaplanowana atrakcja – Monastyr Treskavec. Kompleks ten położony jest na wysokości ok. 1300 m n.p.m., pod samym szczytem Zlatovrv. Postanawiamy przenocować u bram monastyru, a rano rozpocząć zwiedzanie. Droga do monastyru wiedzie przez centrum Prilepu. Nie planowaliśmy postoju, ale kiedy wjechaliśmy na główną ulicę miasteczka, szybko nastąpiła zmiana planów. Rozświetlone uliczki, rozbawieni ludzie i odgłosy muzyki przyciągnęły nas jak magnes. Ponieważ w planie były dwa dni wędrówki w dziczy, postanowiliśmy łyknąć trochę cywilizacji. Prilep za dnia jest miejscem, które nie zachęca do postoju. Ale w nocy nie odbiega od włoskich i hiszpańskich kurortów. Jest tylko jedna różnica – na ulicach nie ma turystów – bawią się tylko miejscowi. W samym miasteczku warte zobaczenia są ruiny meczetu z XVI wieku i wysoka wieża zegarowa. Spacer trwał krótko. Kiedy wracaliśmy już do samochodów, zainteresował nas pokaźny tłumek w ogródku jednego z pubów. Okazało się, że miejscowy zespół rockowy – The Hounds – świętował właśnie pierwszą emisję swojego teledysku w MTV i z tej okazji dla najbliższych znajomych (czyli jakichś dwóch setek ludzi) zorganizował występ. Znane covery Rage Against The Machine, Iggy’ego Pop’a i Metallic’i zachęciły nas do zatrzymania się i posłuchania. Widocznie nie wyglądaliśmy na miejscowych, bo kiedy muzycy The Hounds zauważyli nas na chodniku, tak długo, razem z kilkusetosobowym tłumem, krzyczeli do nas, przerywając grę, że musieliśmy wstać z miejsc siedzących i przyłączyć się do zabawy. Nagrodą była piosenka zadedykowana nam przez zespól. Nie znam macedońskiego, ale zrozumiałam, że śpiewali coś o amerykańskich turystach – do dziś zastanawiamy się, dlaczego właśnie amerykańscy?

Mieszkańcy Prilepu okazali się niezwykle sympatyczni. Pani ze sklepu nieopodal miejsca, w którym staliśmy, podeszła do nas, obdarowała nas kartkami pocztowymi i poleciła kilka miejsc wartych zobaczenia. Była bardzo zdziwiona, że przyjechaliśmy zwiedzać Macedonię. Zresztą obecność zagranicznych turystów w Prilepie budziła nie lada sensację. Wielokrotnie byliśmy zatrzymywani przez miejscowych, którzy usiłowali zrozumieć, co chcemy zobaczyć w ich kraju – przecież tu nie ma morza… No cóż, cudze chwalicie, swego nie znacie…

 

dsc1018s.jpg

 

dsc1022b.jpg

 

dsc1035jv.jpg

 

dsc1036n.jpg

 

 

 

 

dsc1048m.jpg

 

 

 

 

 

Zabawa na rynku w Prilepie tak nas wciągnęła, że plan dnia trochę się zachwiał. Z miasta wyjeżdżaliśmy o 1.00 w nocy, więc szukanie miejsca na nocleg w kompletnych ciemnościach, gdzieś na zboczach góry, było nieco utrudnione. Z daleka na szczycie wysokiego wzniesienia zobaczyliśmy ogromny świecący krzyż. Wydedukowaliśmy, że to musi być Monastyr Treskavec. Po około godzinie jazdy na azymut, a raczej „na krzyż”, dotarliśmy do szczytu wzniesienia – przynajmniej w tych ciemnościach tak nam się wydawało. Stwierdziliśmy, że dalej nie jedziemy i tutaj zatrzymujemy się na nocleg. Problemem było tylko znalezienie w miarę równego miejsca, aby ustawić samochody w poziomie. Trudne warunki wynagrodził nam niesamowity widok na leżący w dolinie rzęsiście oświetlony Prilep. Widoki poranne miały okazać się jeszcze bardziej zapierające dech w piersiach.

 

dsc1056q.jpg

 

dsc1058v.jpg

 

 

 

 

Pobudka nastąpiła dość wcześnie. W świetle dnia mogliśmy wreszcie zorientować się, gdzie dotarliśmy. Okazało się, że monastyru nie ma, ale też jest za… przepraszam… pięknie! Jadąc w nocy prawdopodobnie pomyliliśmy góry i zamiast na Zlatovrv dotarliśmy na szlak wycieczek turystycznych do zamku Dżamail Gul – pochodzącego prawdopodobnie jeszcze z czasów antycznych grodu serbskiego króla Marka Mrnjavcevića. Szybko się o tym przekonaliśmy, gdy koło naszych aut zaczęli pojawiać się piechurzy z plecakami. Plan wycieczki ponownie uległ szybkiej weryfikacji – najpierw zwiedzamy ruiny zamku, a dopiero później jedziemy do Treskavca. Podczas śniadania słońce grzało niemiłosiernie, więc rozłożyliśmy tarpa między autami. Okazało się, że upał doskwiera nie tylko nam. Do naszego biwakowania bez żadnych oporów dołączył się wesoły psiak, który pozwolił się łaskawie poczęstować szynką, pasztetem i napoić wodą. Piesek postanowił się nam odwdzięczyć i podjął się roli przewodnika po ruinach zamku. Poprowadził nas do grodu, a na miejscu pokazywał ciekawe fragmenty ruin. Czuliśmy się porządnie zaopiekowani – pies przewodnik czekał, aż cała wycieczka obejrzy kolejne miejsce, do którego nas prowadził, a następnie przechodziliśmy pod jego przewodnictwem do kolejnych atrakcji. Na koniec zwiedzania psiak zaprowadził nas na szczyt wzniesienia z wielkim krzyżem, o którym w nocy myśleliśmy, że to krzyż monastyru. Z góry rozciągał się cudowny widok na dolinę i na miasto Prilep. Piesek poczekał, aż nacieszymy się widokiem, po czym w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku położył się spać w cieniu skały, zapewne czekając na nowych turystów. Podejrzewamy, że mógł to być sam król Marko, który w podzięce za poczęstunek i kawałek cienia zaprosił nas na swój zamek.

 

 

 

dsc7342.jpg

 

dsc7338w.jpg

 

dsc7350d.jpg

 

 

 

dsc7356n.jpg

 

 

 

 

dsc7363.jpg

 

 

 

dsc7366.jpg

 

dsc7369.jpg

 

dsc7370o.jpg

 

 

 

 

dsc7384v.jpg

 

Po kilkukilometrowej trasce offroadowej ponownie wjechaliśmy do Prilepu. Miasto za dnia zdecydowanie nie zachęca do odwiedzin, w przeciwieństwie do pory nocnej. Okazało się, że poprzedniej nocy pomyliliśmy drogę – powinniśmy kierować się na miejscowość Mazhuchishte i za cmentarzem skręcić w prawo, gdzie zaczynała się droga do monastyru. Wreszcie porządny offroad! Przyznam, że powoli zaczynałam mieć dość asfaltu. Trasa była krótka, ale za to stroma i bardzo wyboista. Przytulony do zbocza góry ukazał się naszym oczom dość pokaźny kamienny budynek, kryty czerwonym dachem. Zaparkowaliśmy pod bramą wejściową tak, aby nasze autka nie nudziły się podczas naszego zwiedzania i miały piękny widok na dolinę Pelagonija i położone w dole miasta Prilep, Bitola i Kruśevo.

Treskavec uważany jest za jeden z najtrudniej dostępnych klasztorów w Macedonii, a jednocześnie za jeden z najpiękniej położonych na Bałkanach. Według przewodnika do kompleksu można dotrzeć jedynie samochodem terenowym lub szlakami pieszymi, my mijaliśmy na trasie Lade Nive, która wiozła popa z towarzyszami, podejrzewamy więc, że na co dzień mnisi wykorzystują ten właśnie środek transportu. Nie mieliśmy okazji zobaczyć zachodu słońca z tego miejsca, a ponoć warto jest zostać tam do wieczora.

Już na samym wejściu zachwyciły nas piękne freski po obu stronach bramy wejściowej. W środku naszym oczom ukazała się centralnie położona jednonawowa cerkiew, poświęcona Matce Bożej. Cerkiew została zbudowana na przełomie XII i XIII wieku na miejscu małej kaplicy, zniszczonej w VII wieku. Zarówno wejście do kompleksu, jak i do cerkwi, a także wnętrze kościółka ozdobione jest freskami, z których najstarsze pochodzą z początków XIV wieku. Cerkiew była w czasach średniowiecznych miejscem pielgrzymek rodzin królewskich, które hojnie dotowały klasztor. W świątyni możemy znaleźć również pamiątki po osadnictwie na tych terenach, którego początki datuje się na przynajmniej 2 tysiące lat przed naszą erą.

Dookoła cerkwi rozciągają się budynki monastyru, w których urządzone są cele dla mnichów. Obecnie w Treskavcu mieszka tylko jeden mnich i nie odbywają się stałe nabożeństwa.

 

Po zwiedzeniu Treskavca udajemy się do Bitoli, gdzie zamierzamy zrobić zakupy i zjeść obiad.

 

 

 

 

 

 

 

 

dsc7395w.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

dsc7401m.jpg

 

 

dsc7404e.jpg

 

 

 

dsc7406k.jpg

 

 

 

 

dsc7414s.jpg

 

 

 

 

 

dsc7417v.jpg

 

22212825.jpg

fot. Bartek i Monika

 

fot. Bartek i Monika

 

76423559.jpg

fot. Bartek i Monika

dsc7419i.jpg

 

dsc7421c.jpg

 

dsc7426g.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bitola położona jest niespełna 15 km od granicy z Grecją. Klimat tego miasteczka przypomina mi polskie miasta lat osiemdziesiątych. Na obiad wybraliśmy małą restauracyjkę tuż przy rzece Dragor. Podobnie jak w Prilepie, tak i w Bitoli cudzoziemcy są rzadkością. Knajpka była oblegana przez miejscowych, mieliśmy więc nadzieję na skosztowanie tradycyjnej kuchni macedońskiej. Rzeczywiście nie zawiedliśmy się – gospodarze uraczyli nas przepysznym mięsiwem, oczywiście ogromnymi sałatkami szkopskimi i tutejszą potrawą – „tawcie grafcie”, co dosłownie tłumaczone jest jako miseczka fasoli. Potrawa bardzo przypominała polską fasolkę po bretońsku. Po obiadku jeszcze szybkie zakupy na miejscowym targu i ruszamy w drogę do kolejnej atrakcji – Parku Narodowego Pelister, gdzie również zaplanowaliśmy nocleg.

 

 

72657870.jpg

fot. Ola

 

 

38507508.jpg

fot. Bartek i Monika

 

dsc7445a.jpg

 

 

fot. Bartek i Monika

 

86521516.jpg

fot. Bartek i Monika

 

10275395.jpg

 

 

 

 

 

 

Dzień odpoczynku od kaprysów Landków przytłumił trochę naszą czujność. Już niedługo miało się jednak okazać, że dzień bez awarii to dzień stracony.

 

Park Narodowy Pelister jest położony w malowniczym paśmie gór Baba. Naszym celem było rozbicie obozu nad jeziorem Golemo, leżącym na wysokości 2218 metrów n.p.m. Niestety moc atrakcji opóźniła nasz wjazd do parku, więc podjęliśmy decyzję, że do jeziora dojeżdżamy szlakiem turystycznym. Większość 25 kilometrowej trasy pokonaliśmy w zupełnych ciemnościach. Nie muszę dodawać, że nie był to asfalt, więc drogę tę pokonaliśmy w ciągu trzech godzin. Może i lepiej, że jechaliśmy w ciemnościach, bo w podejrzanie niewielkiej odległości od kół samochodów widać było szczyty kilkunastometrowych sosen i świerków. Niestety tak już mam, że nie zasnę, jak nie sprawdzę, więc silną latarka doświetliłam pobocze. Taaak, rzeczywiście są to czubki sosen i - rzeczywiście – pół metra od kół samochodów jest dość głęboka przepaść… Po upewnieniu się, że trasa nie wiedzie przez łagodną dolinę, zdecydowanie bardziej koncentrowałam się na drodze, myślami i zaciskaniem kciuków wspomagając kierowcę, aby przypadkiem nie ześlizgnął się z kamienia, przez który właśnie przejeżdżał, i nie zechciał eksplorować gór z lotu ptaka.

 

Po pierwszych kilometrach w miarę równej gruntowej drogi zaczęła się mocno kamienista ścieżka, która wymagała od kierowców zdecydowanie większej koncentracji. Po kilkuset metrach stromej wspinaczki z mroku wyłoniły się zarysy kamiennej chaty, przy której stały zaparkowane… osobowe zastawy! Nagle od strony zabudowań szybkim krokiem ruszyła ku nam grupa ludzi z psem. Szybka narada przez CB radio i naprzeciw miejscowym ruszyła nasza silna ekipa w ilości pięciu chłopa. Na szczęście okazało się, że panowie nie mają złych zamiarów, tylko byli zaniepokojeni, kto dotarł tak wysoko. Mężczyźni mieszkają w chacie sezonowo, trudniąc się zbieraniem jagód. Rzeczywiście za dnia okazało się, że okoliczne zbocza gęsto obrośnięte są krzakami jagód i malin. Niestety wskutek mechanicznego zbierania jagód przy użyciu metalowych zbieraków krzewy są poniszczone, a owoców nie zostało prawie wcale. Ponieważ był wieczór, panowie rozpoczęli już imprezę suto zakrapianą domowej produkcji winem. Wylewnie zapraszali nas na poczęstunek, ale z uwagi na późną porę i długą drogę, która nas jeszcze czekała, z żalem musieliśmy odmówić.

Dalsza trasa okazała się jeszcze bardziej stroma i kamienista. Po półgodzinnym slalomie pomiędzy głazami naszym oczom ukazało się schronisko, nieopodal którego majaczyły zarysy jeziora. Z budynku wyszedł do nas ratownik górski, zdziwiony, w jaki sposób dojechaliśmy tu samochodami. Poinformował nas, że w zasadzie nie można wjeżdżać na teren parku samochodami, ale jak uiścimy stałą dla wszystkich opłatę 7 euro od osoby za pobyt w schronisku, to przymknie oko i zezwoli na przejazd przez park. W cenę tę wliczony był nocleg w budynku schroniska. Byliśmy na wysokości 2218 metrów n.p.m., więc spanie w autach groziło zmarznięciem nad ranem. Większość ekipy skorzystała więc z zaproszenia. W samochodzie nocowali jedynie Monika i Bartek, którzy nad ciepły nocleg przedłożyli poranne widoki. Na dobranoc nasz gospodarz poczęstował nas kilkoma kieliszkami miejscowego samogonu, a po piętnastu minutach wyłączone zostały agregaty prądowe i w całym schronisku zapadły egipskie ciemności.

 

31803781.jpg

fot. Bartek i Monika

 

Ranek zaskoczył nas cudownymi widokami na zieloną dolinę i podobne do naszego Morskiego Oka Golemo Ezero – najwyżej położone jezioro w górach Pelister. Ponieważ mamy w planach zdobycie szczytu Baba Płanina, a wieczorem dojazd do Albanii, rezygnujemy ze śniadania i szybko pakujemy się do aut. Schronisko otrzymuje na pożegnanie naklejkę „Offroad approved” i ruszamy w dalszą drogę.

 

Dojazd do szczytu to kolejne offroadowe wyzwanie, ale jednocześnie niesamowite widoki. Przez większość drogi jedziemy zboczem góry, na otwartej przestrzeni, a pod koniec już samą granią. W pewnym momencie nasz Landek zaczyna wydawać niepokojące odgłosy i tracimy wspomaganie. Na szczęście okazuje się, że to „tylko” cieknie pompa, a dolanie płynu do układu z zapasów zawsze świetnie przygotowanego Bartka rozwiązuje problem.

Po około godzinie z haczykiem ostrej wspinaczki nasze Landki zdobywają Baba Płanina o wysokości 2600 metrów n.mp.m. – trzeci najwyższy szczyt gór Baba. To jak dotąd najwyższe miejsce, do którego dojechaliśmy Landroverem. Po krótkim zwiedzaniu i kontemplacji panoramy gór ruszamy w dalszą drogę. Powrót też zapowiada się ciekawie, planujemy szutrami dojechać do Ochrydy (Ohrid). Niestety napotkany po drodze kierowca tatry zwożącej drewno ostrzegł nas, że szutrowa droga do miasta jest zamknięta, bo odbywa się na niej zrywka drewna. Jesteśmy więc zmuszeni dotrzeć do Ochrydy asfaltem. Przed wyjazdem z szutru spotyka nas jeszcze jedna – tym razem niemiła – niespodzianka. Moment nieuwagi Marcina i ostra skała przecina nieprzyjemnie oponę z boku. Szybka wymiana koła i po drodze do Bitoli obowiązkowo zaliczamy wulkanizatora, tankujemy i zmywamy z kurzu auta.

 

 

 

dsc7464v.jpg

 

 

 

 

dsc7462.jpg

 

dsc7466z.jpg

 

 

 

54033668.jpg

fot. Bartek i Monika

 

95975997.jpg

fot. Bartek i Monika

 

 

 

dsc7476t.jpg

 

16821961.jpg

fot. Bartek i Monika

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

dsc7494x.jpg

 

 

 

dsc7502q.jpg

 

 

 

 

 

dsc7513t.jpg

 

 

dsc7509.jpg

 

 

dsc7512m.jpg

 

 

dsc7518.jpg

 

 

79389601.jpg

fot. Bartek i Monika

 

dsc7519l.jpg

 

 

48124593.jpg

fot. Bartek i Monika

 

fot. Bartek i Monika

 

Po przerwie serwisowej dojeżdżamy do Ochrydy – miasteczka malowniczo położonego nad brzegiem Jeziora Ochrydzkiego. Po późnym śniadaniu wałęsamy się trochę po wąskich uliczkach miasteczka i spacerujemy brzegiem jeziora.

 

dsc7524.jpg

 

 

 

 

 

 

 

dsc7530c.jpg

 

 

 

 

 

 

 

dsc7536r.jpg

 

 

 

 

 

39723662.jpg

fot. Bartek i Monika

 

 

 

 

 

 

87294718.jpg

 

 

dsc7537v.jpg

 

 

 

dsc7538k.jpg

 

 

 

 

 

 

 

Już pod wieczór ruszamy w kierunku Albanii. Granicę planujemy przekroczyć w Tushemisht. Po drodze jeszcze zwiedzamy niewielki monastyr pod wezwaniem św. Anastazego w miejscowości Ljubanishta.

 

Odprawa celna na granicy macedońsko – albańskiej przebiega sprawnie i szybko. Od macedońskich celników dostajemy na pożegnanie upominki. Po stronie albańskiej wita nas czerwona flaga z czarnym dwugłowym orłem. Naszym celem jest nadmorska miejscowość Vlore. Albanio – przybywamy!

 

 

83954164.jpg

 

91794184.jpg

 

 

 

Etap czwarty

Albania

 

Albania to kraj tysiąca bunkrów, miliona mercedesów i mafii. Najważniejsze w Albanii to mieć znajomych, którzy mają swoich znajomych. Dzięki temu trafisz do najlepszego hotelu, zjesz obiad w najlepszej restauracji i zobaczysz miejsca dla wybranych. My mieliśmy to szczęście, że Karol znał kogoś, kto znał kogoś... I ten ktoś - nasz przewodnik po Vlore - zaprosił nas do swojego domu na kilka dni. Pobyt we Vlore znacząco odbiegał od typowej wyprawy offroadowej.

 

50660667.jpg

 

 

A oto przedsmak albańskiej imprezy, organizowanej przez naszego gospodarza.... i gospodarza poniższego teledysku icon_cool.gif

 

 

 

 

c.d.n.

Edited by chojny
Link to comment
Share on other sites

wow, z niecierpliwoscia czekam na kolejny odcinek :mrgreen: super opis i zdjecia!

 

 

ps teledysk robi wrazenie :o (jakie, to juz inna sprawa :lol: )

 

Hehe, cóż.... lekko sie zapomnielismy we Vlore ale jak sie bawić to sie bawić

 

Postaram sie zoui pogonic aby usiadla do kolejnej części :)

Link to comment
Share on other sites

Albania "się szykuje", tylko coś ostatnio doba za krótka :-)

 

Odrobina - nie mów, że myślicie o kole podbiegunowym ;-) Chyba ciągnie nas tymi samymi ścieżkami :-)

 

Wrzucaj swoją relację! Z przyjemnością poczytam :-D

Link to comment
Share on other sites

  • 2 weeks later...

Etap czwarty

Albania

 

Albania to kraj tysiąca bunkrów, miliona mercedesów i mafii. Najważniejsze w Albanii to mieć znajomych, którzy mają swoich znajomych. Dzięki temu trafisz do najlepszego hotelu, zjesz obiad w najlepszej restauracji i zobaczysz miejsca dla wybranych. My mieliśmy to szczęście, że Karol znał kogoś, kto znał kogoś... I ten ktoś - nasz przewodnik po Vlore - zaprosił nas do swojego domu na kilka dni. Pobyt we Vlore znacząco odbiegał od typowej wyprawy offroadowej.

 

Aż trudno uwierzyć, ile przyjemności po kilku dniach spania w samochodzie i kąpieli w zimnych strumieniach może sprawić gorący prysznic i wygodne łóżko… Czas na zapoznanie się z atrakcjami Vlore. Pobyt na wybrzeżu Albanii upłynął nam pod hasłem „follow this black mercedes”. Nasza ekipa miała od dawna ochotę na owoce morza. No problem – nasz gospodarz zadzwonił, do kogo trzeba i za chwilę przyjechał po nas – jakżeby inaczej – czarny mercedes, który poprowadził Landki do sympatycznej restauracji nad brzegiem morza. Lista dań pełna była frutti di mare pod najróżniejszymi postaciami. W oczekiwaniu na posiłek skoczyliśmy na szybką kąpiel. Bartek w szale zabawy zapomniał, że w kieszeni spodenek ma kupioną przed chwilą miejscową walutę - albańskie leki. Po wyjściu z wody pomagaliśmy mu suszyć banknoty, machając nimi z zapałem. Nagle zauważyliśmy dziwne spojrzenia miejscowych. Dopiero później w rozmowie z naszym gospodarzem dowiedzieliśmy się, że suszyliśmy równowartość średniej albańskiej pensji, czyli jakieś nasze pięćset złotych. We Vlore nie widać biedy, ale ponoć mieszkańcy tego miasta żyją całkiem dostatnio, utrzymując się z przemytu towarów z Włoch.

Po przepysznym obiadku naszła nas ochota na deser i kawkę. Nasz nowy albański kolega od razu polecił świetną kawiarnię z przepysznymi deserami. Po posiłku tak obfitym, że ciężko nam było się ruszyć, przyszła pora na plażowanie. Ale jak jesteś gościem Albańczyka, to nie możesz plażować byle gdzie. Ponownie pojawił się black mercedes, który tym razem zaprowadził nas na prywatną plażę kawałek od miasta, gdzie z dala od tłumu mogliśmy skorzystać z darmowych leżaków, prysznicy, sprzętu do siatkówki plażowej i nieprzyzwoicie tanich drinków. Trzeba wypocząć, bo wieczorem nasz gospodarz szykował dla nas atrakcję w postaci najlepszej dyskoteki w mieście – Miu Miu.

 

 

 

 

dsc7561k.jpg

 

55070638.jpg

 

63042997.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

dsc7567l.jpg

 

dsc7581f.jpg

 

dsc7593t.jpg

 

dsc7584w.jpg

 

dsc7596k.jpg

 

dsc7605s.jpg

 

 

dsc7612h.jpg

 

dsc7615l.jpg

 

 

dsc7633v.jpg

 

25619500.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

dsc7638j.jpg

 

dsc7644a.jpg

 

dsc7653u.jpg

 

dsc7668f.jpg

 

dsc7677a.jpg

 

 

 

 

Nie mogliśmy odmówić… Zdecydowaliśmy się pójść pieszo, bo od naszego miejsca zakwaterowania było niedaleko. Od razu jednak zauważyliśmy, że nasze zachowanie było dalece nieodpowiednie. Na disco wypada przyjechać autem – oczywiście mercedesem. Dlatego okoliczne uliczki zapchane były mercedesami w różnym wieku, typie i kolorze. Nigdy nie widziałam tylu aut tej marki w jednym miejscu! Dyskoteka była rzeczywiście na wysokim poziomie – zabawa częściowo w budynku, częściowo na otwartej przestrzeni, przy dwóch podświetlonych basenach nad brzegiem morza. Muzykę miksowali dwaj didżeje, a do naszej dyspozycji były dwa bary, serwujące dość mocne drinki. Impreza świetnie zorganizowana, najnowsze przeboje, piękne dziewczyny wystrojone w wystrzałowe kreacje, umięśnieni chłopcy w markowych ciuchach i… nic się nie dzieje… Nikt – dosłownie nikt - się nie bawi! Widocznie na TEJ dyskotece w dobrym tonie było stać z drinkiem nad basenem albo przy stoliku i delikatnie tupać nóżką. Część gości zajmowała się głównie obserwacją imprezy albo zerkaniem, czy są obserwowani. Zgodnie uznaliśmy, że nie po to tu przyszliśmy, żeby przechadzać się nad brzegiem basenu! Pokażemy polską fantazję! Od razu zaczęliśmy balety. I wtedy nasz kolega Bartek – chłopiec z natury spokojny – pokazał nam swoje drugie „ja”. Przez pierwsze dziesięć minut staliśmy oszołomieni i patrzyliśmy, jak Ladra prezentuje układ taneczny, godny „You can dance”. Po chwili jednak cała grupą przyłączyliśmy się do niego, anektując dla siebie duży podest. Bawiliśmy się świetnie, jednak zaczęliśmy podejrzewać, że na tej dyskotece prawdopodobnie taniec jest passé. Co prawda didżej co chwila kierował na nas ostre światło reflektorów, ale pozostali uczestnicy imprezy patrzyli na nas jak na niezwykłe zjawisko. Po kilku godzinach zabawy przyłączyła się do nas jedna dziewczyna, jednak szybciutko została ściągnięta na dół przez swoich kolegów. Panujące tu zwyczaje nie przeszkodziły nam w zabawie do późnej nocy, którą zakończyliśmy efektownym skokiem do basenu i kąpielą w świetle księżyca. Nasz „ekstremalny” wyczyn zaalarmował natychmiast ochroniarzy, którzy niemal w sekundzie pojawili się na brzegu basenu. Po rozpoznaniu sytuacji szybko wrócili na uprzednio zajmowane pozycje, uznając zapewne, że mają do czynienia z bandą nieszkodliwych wariatów.

Niestety byliśmy tak zaaferowani zabawą, że nikt z nas nie zrobił ani jednego zdjęcia. Żałuję, że nie mieliśmy kamery, bo naprawdę warto było nagrać wyczyny Bartka.

Zabawa była szampańska, ale trochę pokrzyżowała nam plany. Rano zamierzaliśmy pożegnać się z naszym nowym znajomym i ruszyć na dalszą eksplorację Albanii, zwiedzając po drodze niedostępny dla turystów Półwysep Karaburun. Miejsce to warte jest zobaczenia ze względu na ciekawe jaskinie i stare kaplice na brzegu. U nasady półwyspu w czasach starożytnych znajdował się rzymski port Oricum. W tym miejscu Włosi rozpoczęli budowę bazy wojskowej. Po II wojnie światowej infrastruktura została przejęta przez Rosjan, którzy ją rozbudowali, tworząc dużą bazę marynarki wojennej (bazę okrętów podwodnych). W roku 1961, po zerwaniu przez Albanię stosunków z ZSRR z uwagi na zbyt wolny rozwój radzieckiego komunizmu, baza ta przeszła pod władanie albańskich sił zbrojnych. Obecnie miejsce to jest bazą wojskową piechoty morskiej o nazwie Pashaliman. Aby dostać się na półwysep, trzeba uzyskać przepustkę. Kiedy zwróciliśmy się do naszego gospodarza z prośbą o pomoc, pokręcił głową, że załatwienie tego nie jest możliwe. Ale od czego są znajomi i znajomi znajomych! Kiedy po odespaniu imprezy i pożywieniu się miejscowymi burkami, dowiezionymi przez naszego znajomego, spotkaliśmy się na kawce, nasz gospodarz czekał już ze swoim kolejnym znajomym. Panowie długo na nas czekali, bo zamierzaliśmy wyjechać o 10.00 rano, niestety z powodu szampańskiej zabawy poprzedniej nocy opuściliśmy pokoje dopiero w okolicach czwartej po południu. Tym razem znajomy naszego gospodarza musiał być naprawdę niezłą szychą, bo zaprezentował pokaźny sygnet na palcu i przyjechał jeszcze bardziej okazałym czarnym mercedesem. Całą kawalkadą, prowadzoną przez Albańczyków, dojechaliśmy do posterunku wojskowego, pilnującego wjazdu na półwysep. Niestety, odczuliśmy boleśnie konsekwencje nocnego imprezowania, bo okazało się, że dowódca czekał na nas o 11.00 rano, a w tej chwili żołnierze pełniący straż pod jego nieobecność nie mogą nas już wpuścić. Dowódca będzie następnego dnia rano, więc jeżeli poczekamy do jutra, to będziemy mogli wjechać. Nasz plan, mocno już zmodyfikowany, był jednak napięty, więc z żalem musieliśmy odłożyć zwiedzanie Karaburun do następnego przyjazdu do Albanii. Pożegnaliśmy się wylewnie z naszym nowym znajomym, dziękując mu za opiekę i ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

21780479.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

dsc7688n.jpg

 

 

Naszym kolejnym punktem zwiedzania są ruiny antycznego greckiego miasta Apollonia, leżące w okolicach miejscowości Fier. Po uciążliwej kilkugodzinnej trasie, spowalnianej przez koszmarne korki, pod wieczór docieramy do ruin. Apollonia to jedno z największych miast antycznych w tej części wybrzeża Adriatyku. Miasto założyli Grecy w 588 r. p.n.e. nad przepływająca wówczas w tym miejscu rzeką Vjosȅs. Miejscowość od czasu założenia stała się jednym z najbogatszych portów Adriatyku. Świetność Apollonii trwała do IV wieku naszej ery, kiedy to w roku 345 miało miejsce poważne trzęsienie ziemi. Wskutek niego większość miasta została zniszczona, a koryto rzeki Vjosȅs, decydującej o rozwoju Apollonii, oddaliło się od miasta, które w wyniku tego straciło znaczenie portu handlowego. Pola uprawne zamieniły się w moczary, a miejscowa ludność, zdziesiątkowana malarią, zmuszona została do osiedlenia się w innych miejscowościach.

Pozostałości starożytnego miasta rozciągają się na kilku rozległych pagórkach. Na terenie Apollonii nadal trwają prace archeologiczne, do zwiedzania udostępnione zostały jedynie jego fragmenty – zrekonstruowany fronton budynku Agonothetów, pozostałości rzymskiej willi i ciągu sklepów, fragmenty kamiennej drogi, świetnie zachowane mozaiki z przedstawieniami roślin i figur geometrycznych, okazałe fragmenty murów obronnych oraz obelisk poświęcony Apollinowi. Na terenie Apollonii znajduje się również cerkiew z XIII wieku.

Ponieważ jest sobota, po drodze do Apollonii mijamy wiele albańskich ślubów. Nie muszę dodawać, że samochody wiozące nowożeńców do ślubu to wyłącznie mercedesy. Podczas zwiedzania Apollonii spotkaliśmy trzy albańskie pary młode, które fotografowały się na tle antycznych budowli.

Zwiedzane przez nas starożytne ruiny nie cieszą się dużą popularnością – oprócz gości weselnych byliśmy chyba jedynymi odwiedzającymi, dzięki czemu mogliśmy spokojnie pospacerować uliczkami starogreckiego miasta i podziwiać ze wzgórza zachód słońca nad okolicznymi dolinami. Spokój tego miejsca pozwolił nam poobserwować z bliska dziko żyjące w tym miejscu żółwie.

Na parkingu do naszej grupy podeszło francusko – belgijskie małżeństwo z dwojgiem synów, którzy podobnie jak my zwiedzali Landroverem Bałkany. Po krótkiej wymianie informacji otrzymujemy sympatyczny prezent – butelkę francuskiego wina i ruszamy nad morze w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Już po ciemku, w okolicach miejscowości Topoje, znajdujemy odludną plażę, na której postanawiamy rozbić nasz obóz. Po skosztowaniu Raki RRushi – piekielnie mocnego miejscowego alkoholu i nocnej sesji zdjęciowej udajemy się na zasłużony spoczynek.

 

 

 

dsc1112v.jpg

 

dsc7697m.jpg

 

 

dsc7701v.jpg

 

dsc7702s.jpg

 

dsc7703.jpg

 

dsc7705x.jpg

 

 

dsc7724m.jpg

 

dsc7731m.jpg

 

dsc7733.jpg

 

50929272.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

18165900.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

Następne przedpołudnie to leżakowanie, pływanie w morzu i zabawy w piasku. Musimy nabrać energii przed planowaną podróżą do Theth, która nie będzie należeć do najłatwiejszych.

 

dsc7736f.jpg

 

dsc7756.jpg

 

dsc7763m.jpg

 

 

dsc7776.jpg

 

dsc7781d.jpg

 

 

dsc7788o.jpg

 

 

 

 

 

Zanim dojedziemy do pięknych krajobrazów w paśmie Gór Północnoalbańskich, musimy przebyć ponad 200 km drogami asfaltowymi, co w dużym upale i na zatłoczonych drogach nie należy do przyjemności. Po przejechaniu pierwszych 100 km z Fier decydujemy się na przerwę w centrum Durrës (Duresz). Tutaj Paweł i Karol usuwają drobną awarię, do której się przyczyniłam – czyli uszkodzenie mechanizmu podnoszącego szybę w lewych przednich drzwiach. Nie ma to jednak jak pomysłowość i doświadczenie w radzeniu sobie z takimi drobiazgami! Usterka zostaje błyskawicznie naprawiona, a pozostała część ekipy dzielnie wspiera mechaników: ja z Gosią zażywamy kąpieli w ciepłym jak zupa Adriatyku, a pozostali uczestnicy wyprawy posilają się w nadmorskiej restauracyjce. Po naprawie, kąpieli i spożyciu wielkich talerzy świeżych owoców morza ruszamy w dalszą drogę w kierunku Szkodry.

 

dsc7798k.jpg

 

dsc7804v.jpg

 

dsc7821.jpg

 

dsc7824s.jpg

 

 

dsc7827m.jpg

 

dsc7803.jpg

 

dsc7818c.jpg

 

 

 

 

 

 

Po drodze w miejscowości Mes natrafiamy na bardzo ciekawy XVIII wieczny most kamienny, wybudowany nad rzeką Kir, która o tej porze roku jest niemal całkowicie wyschnięta. Obok niego wybudowano drugi most, przez który odbywa się ruch pojazdów. Stary kamienny most wykorzystywany jest jako pieszy szlak i stanowi niemałą atrakcję turystyczną.

 

dsc7841g.jpg

 

dsc1132o.jpg

 

Po obowiązkowej sesji zdjęciowej ruszamy w kierunku Szkodry. Przed nami Albańskie Alpy, jak niekiedy nazywane są Góry Północnoalbańskie. Mieliśmy nadzieję na podróż drogą szutrową, jakie jest więc nasze zaskoczenie, gdy zamiast wertepów trasa prowadzi równiutką asfaltową szosą. Już zaczęliśmy komentować, że do Albanii, podobnie jak do transalpiny w Rumunii, dotarła już niestety cywilizacja, gdy nagle asfalt niespodziewanie się kończy i wreszcie zaczyna się szuter gęsto usiany kamieniami. Czas na obniżenie ciśnienia w oponach i tak przygotowani ruszamy w drogę. W przewodniku przeczytaliśmy, że 70 kilometrową trasę pokonamy w 7 – 8 godzin. Wydało się nam to mało prawdopodobne, jak się jednak okazało, autor przewodnika miał zupełną rację.

 

Pierwszą część trasy przejeżdżamy w promieniach zachodzącego słońca, niesamowite widoki na dolinę rzeki Kir są więc tym bardziej zachwycające. Droga szutrowo – kamienista okazuje się być rzeczywiście bardzo wymagającą. Samochody terenowe dają sobie z nią radę, jednak autem osobowym byłoby trudno ją przejechać, zwłaszcza z uwagi na wielkie głazy, co chwila wystające z nawierzchni. Trasa wije się wzdłuż zbocza góry, na półce wyciętej w skale, zatem z jednej strony mamy stromą ścianę, a z drugiej przepaść. Ścieżka ma szerokość samochodu, trzeba więc opracowywać całą strategię, gdy z naprzeciwka nadjeżdża ciężarówka zwożąca drewno, a takich ciężarówek po drodze mijaliśmy kilka. Kierowca jadącego z przodu auta, widząc przeciwnika, nadaje przez CB radio, że zbliża się przeszkoda, a pozostałe Landki szukają dla siebie miejsca, przytulając się do skały albo wjeżdżając na wysepkę nad przepaścią.

 

Droga do Theth zwana jest również drogą krzyży, bowiem na poboczach widać wiele krzyży upamiętniających tragiczne wypadki, najczęściej samochodowe. Patrząc na szerokość drogi, brak barierek i głębokie przepaście nietrudno wyobrazić sobie, jak łatwo stracić panowanie nad pojazdem, zwłaszcza w nocy. Tempo jazdy naszych autek było delikatnie mówiąc powolne. Po kilku godzinach, kiedy słońce zaczęło już chylić się ku zachodowi i zaczął zapadać zmierzch, uznaliśmy, że trzeba poszukać miejsca na nocleg.

 

Trudności przeprawy w pełni wynagradzane są przez cudowne widoki na wapienną kotlinę, w której na dnie wije się rzeka Kir, od czasu do czasu rozszerzając się w niewielkie jeziorka. Gdzieś po drodze z Prekal do Kir jedna z takich zatoczek, z prowadzącą przez dolinę malowniczą drewnianą wiszącą kładką, zachwyciła nas na tyle, że zatrzymujemy się na sesję fotograficzną. Ponieważ zrobiło się już ciemno, a kamienista plaża nad zatoczką wydała się idealnym miejscem na obozowisko, postanawiamy zatrzymać się na nocleg. Niestety jadące z przodu auta Gosi i Karola oraz Oli i Marcina odjechały tak daleko, że straciliśmy z nimi kontakt na CB radio, a telefony nie odpowiadają, nie można więc ściągnąć do obozowiska pozostałej części ekipy. Po kilkunastu minutach udaje się złapać kontakt na CB. Ponieważ nasi towarzysze ujechali już ponad 20 km, ustalamy, że rano wstaniemy wcześnie, żeby ich dogonić, a oni znajdą nocleg w pobliskiej wiosce Kir.

 

Przed snem skusiła wszystkich drewniana dziurawa kładka. Zrobiliśmy zawody, kto dalej dojdzie, a było to znaczne wyzwanie, biorąc pod uwagę, że co druga deska w kładce była dziurawa albo wyłamana, a pod nami straszyła kilkunastometrowa przepaść. Byliśmy dumni, że dotarliśmy kilka metrów w głąb mostku, co oczywiście uwiecznione zostało na zdjęciach, gdy naszą zabawę przerwał miejscowy, bez obaw przechodząc całą kładkę. No cóż – całe szczęście nie wiedział o naszym zakładzie…

 

Noc w samym środku dzikich gór, pod niesamowicie rozgwieżdżonym niebem, w zupełnej ciszy i ciemności, przerywanej jedynie odgłosami ciężarówek, upiornie rozświetlających zbocza skał, zachęca do zwierzeń. Nie chce się nam spać, więc przy bałkańskim winku płyną przez noc opowieści o życiu. Gdy wino się kończy, a nam zaczyna dokuczać chłód górskiej nocy, przychodzi czas na sen.

Poranek jest rześki, ale nam zachciało się kąpieli. Mimo lodowatej wody w zatoce wszyscy rzucamy się do wody. Pływanie w krystalicznie czystej wodzie, z widokiem na groźne szczyty Alp Albańskich, to niezapomniane przeżycie. Śniadanko i ruszamy w dalszą trasę, żeby dogonić pozostałą część ekipy. Trochę psują nam się humory, gdy Bartek odkrywa, że w nocy ukradziono mu siekierę przymocowaną do bagażnika. W nocy nie chciało nam się składać wszystkich sprzętów – w obozowisku pozostały stoliki, krzesła i jedzenie, jednak złodzieje połaszczyli się tylko na siekierę, musieli więc to być miejscowi drwale.

 

dsc7860b.jpg

 

dsc1143c.jpg

 

 

 

dsc7876p.jpg

 

dsc7892.jpg

 

dsc7893d.jpg

 

dsc1155b.jpg

 

dsc7896.jpg

 

dsc7912u.jpg

 

dsc7928g.jpg

 

dsc7986z.jpg

 

dsc7989.jpg

 

 

 

dsc7941.jpg

 

dsc7951k.jpg

 

dsc8000t.jpg

 

 

dsc8029.jpg

 

 

dsc8033k.jpg

 

 

 

Po ponad godzinie jazdy dobijamy do pozostałych dwóch aut. Rzeka Kir niknie z oczu, a rozpoczynają się widoki na surowe szczyty Alp Albańskich. To pasmo górskie powstało na styku dwóch wielkich płyt tektonicznych Europy i Afryki. Jego najwyższy szczyt – Jezerca - osiąga wysokość 2659 metrów n. p. m. Poza Alpami te góry są najdalej na południe wysuniętym pasmem, w którym występują lodowce. Po drodze mijamy przełęcz Buni i Thores (1673 metry n. p. m.), zwaną również Bramą Gór Północnoalbańskich. Przejeżdżamy przez ubogo zaludnione górskie wioski, w których czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. W czasie zimy ich mieszkańcy są odcięci od cywilizacji.

 

Krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Po widokach surowych szczytów górskich naszym oczom ukazuje się dolina kolejnej rzeki – Shale. Droga nie jest tu zbytnio uczęszczana, więc widok stada krów, odpoczywających na moście nie jest niczym zaskakującym. Karol postanawia powoli przejechać pierwszy, żeby zmobilizować krowy do wstania i przeniesienia się w inne miejsce odpoczynku. Ponieważ stado jest dość oporne, postanawiamy wykorzystać ten czas na odświeżenie się w potoku. Poranne pływanie w zatoce w porównaniu z zanurzeniem w rzece Shale jest kąpielą w gorących źródłach. Woda jest tak lodowato zimna, że trzeba szybko ruszać stopami, żeby ustąpił ból. Najgorsze jest pierwsze kilka sekund, już po zanurzeniu woda staje się przyjemnie orzeźwiająca, na tyle, że Kacper decyduje się na skok ze skały do strumienia.

 

Przymusowy postój przed mostem okazuje się bardzo potrzebny. Nasz Landek złapał „kapcia”. Mieliśmy pecha, bo na tak wyludnionej drodze w oponę wbił się pokaźny gwóźdź. Szybka wymiana koła i możemy jechać dalej. Podczas naszej kąpieli krowy przeniosły się w spokojniejsze miejsce, więc możemy jechać dalej bez przeszkód.

 

Krajobraz zmienia się po raz kolejny. Góry łagodnieją, a w dolinie widać już pierwsze zabudowania wioski, do której zmierzamy – Theth. Miejscowość ta położona jest na wysokości 700 – 800 metrów n. p. m., w samym centrum Parku Narodowego Theth. Warto zwiedzić w niej stary młyn wodny, a mając więcej wolnego czasu – wybrać się do pobliskich wodospadów. Atrakcją turystyczną jest również stary drewniany most na rzecze Shale, który jest obowiązkowym obiektem fotograficznym.

 

Po kilkugodzinnej przeprawie przez góry jesteśmy już mocno głodni. W wiosce jest mała kamienna knajpka, jednak nie wygląda na taka, w której można coś zjeść. Okazuje się, że pozory mylą. W jednej chwili pojawia się przy nas albański ośmiolatek, który płynną angielszczyzną zachęca nas do zatrzymania się i zjedzenia oferowanych potraw. Rozglądamy się zdziwieni, bo bar nie wygląda na taki, który miałby kuchnię. Chłopiec o imieniu Francesco okazuje się jednak miejscowym biznesmenem. W menu są frytki, sałatka szopska, miejscowe sery i chleb domowej roboty. Za chwilę naszym oczom ukazuje się delegacja kilkulatków, którzy z sąsiedniego domu niosą obrusy, sztućce, naczynia i zaczynają nakrywać do stołu. Ponieważ mieliśmy jeszcze przed sobą długą drogę, pytamy się małego Francesca, czy długo potrwa przygotowanie potraw, bo może zjemy tylko to, co nie wymaga gotowania czy smażenia. Francesco z przerażeniem na twarzy odpowiada: „Ale mama już zaczęła obierać ziemniaki!” Nie możemy robić przykrości restauratorom i zjadamy wszystko, co było zamówione. Naprawdę warto było czekać! Chleb i kozi ser są przepyszne! Pytamy się chłopca, czy możemy kupić jeszcze chleba na dalszą drogę. Mama już nie miała, ale od czego Francesca żyłka do interesów. Biznesmen wsiadł na rower, objechał wioskę i przywiózł nam dwa półmetrowej średnicy chleby. Na pytanie, skąd tak pięknie umie mówić po angielsku, odpowiedział, że nauczył się od turystów. Na pożegnanie Francesco w podziękowaniu za starania dostaje od każdego z nas trochę słodyczy. Przed wyjazdem spotykamy jeszcze polskie małżeństwo, które Tarpanem zwiedza Albanię. Po wymianie informacji i pożegnalnych wspólnych fotografiach ruszamy w dalszą drogę.

 

dsc1160g.jpg

 

dsc1162o.jpg

 

 

dsc1164m.jpg

 

 

dsc1184a.jpg

 

dsc1275s.jpg

 

 

dsc1192km.jpg

 

dsc1199u.jpg

 

dsc1202g.jpg

 

dsc1215hs.jpg

 

dsc1231a.jpg

 

65239521.jpg

for. Bartek i Monika

 

dsc1235uk.jpg

 

dsc1243v.jpg

 

dsc1247f.jpg

 

dsc1257z.jpg

 

 

50547004.jpg

 

 

25375282.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

83429354.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

 

 

 

dsc1260pv.jpg

 

 

 

 

 

83788899.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

 

dsc8044m.jpg

 

24454846.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

 

dsc8057h.jpg

 

 

dsc8069b.jpg

 

64552404.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

41512239.jpg

 

 

Fot. Bartek i Monika

 

 

44480246.jpg

 

 

Fot. Bartek i Monika

 

 

98132823.jpg

 

 

Fot. Bartek i Monika

 

 

dsc8070.jpg

 

 

dsc8075.jpg

 

 

dsc8078bm.jpg

89634621.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

101zjq.jpg

 

dsc8083.jpg

 

 

dsc8088m.jpg

 

95771520.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

104mb.jpg

 

 

Fot. Bartek i Monika

 

106eo.jpg

 

Fot. Bartek i Monika

 

 

dsc1288o.jpg

 

 

 

 

dsc8092.jpg

 

 

dsc1301t.jpg

 

 

 

 

 

Pierwotnie zamierzaliśmy przenocować jeszcze po stronie albańskiej, nad Jeziorem Szkoderskim, ale zmieniliśmy plany, gdy na przygranicznej stacji benzynowej pracownik odprowadził Olę i Monikę do toalety z bronią w ręku, sprawdzając, czy ktoś nie czai się w wc. Nowy plan przewidywał przekroczenie granicy i znalezienie noclegu już w Czarnogórze. Nie potwierdziły się informacje z przewodnika, że paliwo w Albanii jest droższe niż w Czarnogórze, że na granicy należy uiścić opłatę za drogi ani że Czarnogórcy pobierają opłatę klimatyczną. Bez przeszkód przejeżdżamy granicę pomiędzy Albanią a Czarnogórą.

 

113rda.jpg

 

 

112sp.jpg

Link to comment
Share on other sites

  • 2 months later...

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
 Share

  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...