Jump to content

Japonia, Subaru i banda Gajdzinów...


Subaryta
 Share

Recommended Posts

Jak już część z Was wie, kilku dealerów, sprzedawców i Dyrekcja w osobie własnej pojechało obadać jak to Szuwary powstają. Wiąże się z tym kilka śmiesznych opowieści co to je wam pokrótce przekażę ;)

I tak dzień pierwszy zaczął się na warszawskim lotnisku, gdzie całość naszej kompanii zebrała się w jednym miejscu (co jak później się okaże wcale nie było sytuacją normalną ;) ) i udała na tzw. odprawę. Nie wiem jak Wy ale ja mam strasznego pietra w temacie latania i świadomość 14 godzin lotu jakoś nie wprawiała mnie w euforię. Dla kurażu (i dla zdrowotności, a jakże ;) ) dwa podwójne giny z tonikiem załatwiły sprawę o tyle, że dałem się wreszcie zaciągnąć na pokład Airbusa. Po przeżyciu startu, jakoś poszło. Nie będę opisywał wizyty na Heathrow (gdzieśmy przesiadkę mieli) bo i nie ma specjlanie o czym pisać, może oprócz koszmarnego syfu i rozgardiaszu oraz celnika-desperata co się wziął na ambit i z Dyrekcją dyskutował (nie pogadał długo bo jego manager kazał mu się zamknąć ;) )

Lot z Londynu przyspożył nam wielu niezapomnianych wrażeń, choć wydaje mi się, że British Airways też szybko o nas nie zapomni. No bo co może Polak robić przez 11 godzin w jednym miejscu? Ano właśnie... obsługa częściowo byla japońska co poskutkowało nawiązaniem bliższych stosunków z niejaką Sumiko. Bardzo przyzwoita Japonka, jednak wiele straciła w moich oczach jak odmówiła mi 6 kolejnego podwójnego ginu (nie muszę dodawać, że starałem się podtrzymać w nastroju niwelującym strach przed lataniem? Niemniej nie znalazło to zrozumienia u Sumiko....) Resztę drinków zamawiałem już na swoją żonę ;) Gdy się i ta mozliwość wyczerpała, już to z powodu braku zaufania do nas już to z braku ginu na pokładzie (choć postulowałem wielkim głosem mały postój gdzieś w Rosji coby zanabyć ubytki ;) ) w sukurs przyszli koledzy, jak się okazało bardziej doświadczeni i mający ze sobą wódę na myszach czyli Jacka Danielsa. Tym, i tylko tym, sposobem nasza podróż przebiegała dalej bez większych zakłóceń, nie licząc może wykorzystania kilku "Air sicknes bag" i to jeszcze przed lądowaniem ;)

Japonia powitała nas pieknym słońcem, ciepłym wiaterkiem i obrzydliwą wręcz czystością. No mówię Wam, dla Polaka trudny widok.....no bo lotnisko Narita (większe skądinąd od Okęcia) nie miało nawet zasmarkanego papierka na podłodze czy też kipa przytulonego do krawężnika. Koszmar. Po znalezieniu "smoking area" duża część wycieczki jakby się rozmyła i przez dłuższy czas nie było ich widać. W końcu nasz przewodnik pozamiatał nas do autokaru gdzie przywitał nas niejaki Kawagashi San (w skrócie Smiley, bo się go normalnie wypowiedzieć nie dało....;) ) Po przedstawieniu się się oznajmił, że znajdujemy się 100km, 23 m i 16cm od hotelu, w którym mamy nocować. Naszą wesołość na tę wieść przyjął ze zdziwieniem i skwitował wzruszeniem ramion. Po jakiejś godzince i przejechaniu 100km, 23m i 19cm ;) (za tę nieścisłość Smiley przeprosił ;) ) byliśmy na miejscu. Tokio, jak Tokio. Ot duże miasto, masa małych żółtych ludzików (jakieś 31mln, na teraz) i mnóstwo aut. Nic takiego.

 

 

 

 

 

Wyszedłem już na twardziela?? ;)

No to teraz serio - I Love Tokio! i to jak cholera, jego mać ;) OK, jest ogromne ale czyściuteńkie, uporządkowane i na swój sposób ładne. Drapacze chmur, estakady (niekiedy zawieszone na 25 metrach...) neony i cała reszta bez trudu wprawiły gościa z Supraśla (mnie znaczy się) w zachwyt. Jakby tego było mało hotel co to mieliśmy w nim mieszkać okazał się być placówką o standardzie, jakiego w Europie jeszcze nie znalazłem. No mówię Wam, kompleksów nałapałem.... ;)

Dzień miał się zakończyć kolacją w kompletnie japońskim stylu i tak się niestety stało. Nadmienić tu muszę, że jako prawdziwy Polak z krwi i kości jakoś nie toleruję żarcia co dezercji z talerza dokonuje albo patrzy na mnie z wyrzutem, więc spać poszedłem głodny i gdyby nie "sziabu-sziabu" (cieniutkie płaty mięsa gotowane pałeczkami w roztworze wody i calej masy ichniejszych glonów) z pewnością bym się przekręcił ;) Po tej "sutej' uczcie pojchaliśmy z powrotem do hotelu. Na skutek jet-lagu nie daliśmy rady spać, więc powstał pomysł dość prosty w swej zasadzie, a mianowicie: " W miacho!!!" ;) No i się zaczęło...

Okazało się, że Tokio nie było przygotowane na przyjęcie 10 gajdzinów (japońskie określenie cudzoziemca, w wolnym tłumaczeniu oznacza nie mnie nie więcej - Długonosy ;) )łażących do 3 nad ranem po ulicah i dających wyraz swojej narodowości drąc na całe gardło "Szła dzieweczka...". Ludziki jakoś nieufnie na nas patrzyły i nie wiedzieć czemu przechodziły na drugą stronę ulicy (wyłączyć tu należy dwóch stróżów porządku, którzy, zapewne w niewybrednych, słowach kazali nam się zamknąć i spadać do domu). Tak oto skończył się nam dzień pierwszy....(no dobra, w hotelu zrobiliśmy sobie godzinkę w jaccuzi i po następnej, przespanej tym razem, godzinie, wstaliśmy na spotkanie dnia drugiego). Reszta, jutro ;)

Pozdrawiam

Link to comment
Share on other sites

obrzydliwą wręcz czystością

 

otnisko Narita (większe skądinąd od Okęcia) nie miało nawet zasmarkanego papierka na podłodze czy też kipa przytulonego do krawężnika

 

Chciałem tylko dodać, że o ile na Naricie da się, po długich poszukiwaniach, odnaleźć kosz na śmieci, o tyle w mieście jest to praktycznie niemożliwe. Władze miejskie nie sponsorują wywozu śmieci i każdy Japończyk zanosi swoje śmiecie do domu i tam je wyrzuca :twisted:. I mimo tego jest czysto, jak w laboratorium.

 

mnóstwo aut

 

A większość z nich to auta srebrne i białe. Bo większość Japończyków nie lubi się wyróżniać.

 

(japońskie określenie cudzoziemca, w wolnym tłumaczeniu oznacza nie mnie nie więcej - Długonosy ;) )

 

Ja znam inną wersję - ponoć pochodzi to od słów gaj koku dzin, czyli "człowiek z innych stron". To słowo, skrócone, dało gajdzina.

 

W każdym razie to słowo słyszy się często: o ile w Tokio grzecznie przechodzili na drugą stronę chodnika i robili wszystko, by nie spotkać się ze mną wzrokiem i słowo "gajdzin" szeptali, o tyle w okolicach wulkanu Fuji mamusie wskazywały na mnie palcem, mówiąc do dzieci "GAJDZIN! :shock:" i dzieci przerażone albo zaczynały płakać, albo - te odważniejsze - podbiegały i próbowały mnie dotknąć :mrgreen:.

Link to comment
Share on other sites

i dzieci przerażone albo zaczynały płakać, albo - te odważniejsze - podbiegały i próbowały mnie dotknąć :mrgreen: .

:shock: wow...

Jednak nie ma się co dziwić...

 

:arrow: 180420238445638c431736bxs9.jpg:mrgreen: :wink:

Link to comment
Share on other sites

i dzieci przerażone albo zaczynały płakać, albo - te odważniejsze - podbiegały i próbowały mnie dotknąć :mrgreen: .

:shock: wow...

Jednak nie ma się co dziwić...

 

:arrow: Obrazek :mrgreen: :wink:

 

A może ten gajdzin to skrót od "owłosionej godzilli"? :mrgreen:

Link to comment
Share on other sites

Możecie już przestać, bo mój bebech zaraz wybuchnie

że jako prawdziwy Polak z krwi i kości jakoś nie toleruję żarcia co dezercji z talerza dokonuje albo patrzy na mnie z wyrzutem
:shock: :lol::lol::lol:

 

Fotki prosie :cool: przy następnej wypowiedzi. :cool:

Link to comment
Share on other sites

I tak dzień pierwszy zaczął się na warszawskim lotnisku, gdzie całość naszej kompanii zebrała się w jednym miejscu (co jak później się okaże wcale nie było sytuacją normalną ) i udała na tzw. odprawę. Nie wiem jak Wy ale ja mam strasznego pietra w temacie latania i świadomość 14 godzin lotu jakoś nie wprawiała mnie w euforię. Dla kurażu (i dla zdrowotności, a jakże ) dwa podwójne giny z tonikiem załatwiły sprawę o tyle, że dałem się wreszcie zaciągnąć na pokład Airbusa.

To znany i lubiany sposób na turbu i inne lencje :mrgreen:

Link to comment
Share on other sites

I tak dzień pierwszy zaczął się na warszawskim lotnisku, gdzie całość naszej kompanii zebrała się w jednym miejscu (co jak później się okaże wcale nie było sytuacją normalną ) i udała na tzw. odprawę. Nie wiem jak Wy ale ja mam strasznego pietra w temacie latania i świadomość 14 godzin lotu jakoś nie wprawiała mnie w euforię. Dla kurażu (i dla zdrowotności, a jakże ) dwa podwójne giny z tonikiem załatwiły sprawę o tyle, że dałem się wreszcie zaciągnąć na pokład Airbusa.

To znany i lubiany sposób na turbu i inne lencje :mrgreen:

 

jak wycieczka szkolna :mrgreen:

 

wrzuć foty jakieś !

 

pozdr

Link to comment
Share on other sites

Dzień drugi, czyli jak uniknąć kaca....

 

Po długim śnie (godzina i 15 sekund... ;) ) zostaliśmy wezwani na śniadanie. Fajnie, było. Znaczy wleźliśmy na salę, która akurat nam przynależna nie była i wielkim głosem zaczęliśmy domagać się jedzenia. Kelner nieco zbity z tropu, choć nadal (jeszcze ;) ) uśmiechniety rozpoczął celebrę podawania. Trzeba Wam wiedzieć, że posiłki w Kraju Kwitnącej Wiśni składają się z 5-10 potraw podawanych z niezwykłą atencją, niestety w proporcjach japońskich, a to oznacza, że Europejczyk, a tym bardziej Polak tylko się denerwuje... Rozpowszechnił się nawet taki żarcik, że to co podają, w ślad za obyczajami podawania wina, jest li tylko próbką służącą akceptacji. Kelnerzy nie bardzo wiedzieli co mają ze sobą zrobić, jak zgodnym chórem informowaliśmy ich, że nam danie pasuje i że może podawać do stołu ;) Po kilku podobnych zagrywkach z uśmiechu kelnera pozostał tylko cień, kiepsko maskujący rozdrażnienie i politowanie dla troglodytów z Europy.

Po śniadaniu wepchnięto nas do autokaru, przy czym słowo "wepchnięto" jast jak najbardziej na miejscu już choćby z powodu ustawicznego rozłażenia się całej komandy w poszukiwaniu pacaneum ;) na kaca. Wyjaśnić tu należy, że według starych bajań górali, jak się pije i się nie śpi należy jak najszybciej powrócić do picia. Jako naród niezwykle związany z tradycją pospieszyliśmy w kierunku "Seven Eleven" ku rozpaczy Smily'a Sana, usiłującego naszą wesołą gromadkę zebrać w jakiejś określonej przestrzeni. Po zanabyciu odpowiednich medykamentów zgodziliśmy się na wejście na pokład autobusu. Wieźli nas do Izu, gdzie mieliśmy oglądać świątynię, zjeść obiad (taa....) oraz zakwaterować się w tradycyjnnie urządzonym japońskim hotelu. I fajnie, ino co kilku z nas nie miało pojęcia, że gorzej obrazić Japończyka się nie da jak tylko wychodząc w klapkach do WC na hol hotelowy.... Nie muszę dodawać, że tak właśnie się stało? :D . Z resztą z tymi klapkami to ciekawa sprawa jest, bo mają inne na balkon, inne do mieszkania a jeszcze inne do łażenia po swiętych matach tatami. Wracając jednak do wycieczki i zwiedzania, pojechaliśmy obejżeć Wielkiego Buddę. Wchodząc na plac wszyscy, jak jeden, mieliśmy wrażenie, że jednak Jack Daniels jest robiony na myszach....No bo 18 metrów brązu stojącego na podwórku, to nie jest normalne, nie? ;) Gorzej, posąg powstał coś koło 970roku naszej ery a to oznacza, że nasz dumny Mieszko I właśnie odłozył dzidę i zbudował pierwszy szałas.... Deprecha. Niemniej był wesoły akcent bo jeden z uczestników wycieczki mógł pochwalić się wzrostem ciut ponad 2m i wszyscy Japończycy chcieli mieć z nim zdjęcie, wychodząc z założenia, że drugi raz Godzilli na żywo nie zobaczą ;) Kupa śmiechu z tym była. Swoja drogą Japończycy robili nam fotki na każdym kroku, żeby nie wspomnieć problemów Dyrekcji z wycieczką małolatów (jak na nich średniej wielkości, jakieś 200sztuk drobiazgu ;) ) i przestojem bo przecież każdy miał własny aparat i każdy po prostu musiał mieć własne zdjęcie ;) Nie chwaląc się przyszliśmy z Młodą w sukurs i pozostałą część maluchów odstraszyliśmy ;) (mówiłem jej żeby zrobiła jakiś makijaż ;):D)

Po długim zwiedzaniu wróciliśmy do hotelu i okazało się, że zwyczajem tam panującym było używanie Yukaty (pseudo kimono takie...) podczas pobytu na miejscu. Pani w recepcji lekko zbladła widząc Michasia (201cm) mnie (192 cm) i paru innych podług ichniejszej miary - "nieforemnych" ;) Zaczęła się gorączkowa krzątanina coby znaleźć spodnie nie wyglądające jak szorty, uwieńczona częściowym tylko sukcesem, gdyż nogawki w moim przypadku kończyły się tuż za kolanami ;) W połączeniu z klapkami do połowy stopy (ja noszę 12...) dawało niezpomniany widok. Zaproszono nas na kolację. Japońską oczywiście...Nie pomogły prośby, groźby i inne takie...podali mi krewetkę. Normalnie wielką, czerwoną krewetę spoglądającą na mnie smutnymi, ugotowanymi oczami.... Nie było rady. Trzeba było to zjeść. Przełykając łzy rozpaczy i żalu po zwierzaku, pożarłem to paskudztwo i zapiłem adekwatną ilością piwa....I to był mój koniec. No bo nie wierzę, że butelka Jacka Danielsa zapita łykiem Coli może spowodować takie spustoszenie w żołądku....Po prostu nie wierzę ;) Wieczór był bardzo udany, graliśmy na klawiszach (Maciek jest po szkole muzycznej i gra nawet na patyku ;) ), tańczyliśmy, nawiązałem nawet stosunki polsko-japońskie z uroczą młodą damą, którą zmusiłem do wypicia brudzia Myszo-wódą zapitą Colą z puszki, potem.....Obudziłem się w pokoju..... Z opowieści wiem, że bardzo mi ta krewetka zaszkodziła i całą noc moja wierna żona miała pełne ręce roboty...No mówię Wam, wszystko tylko nie krewetki....;) Z głową wielkości hotelu powitałem radośnie nowy dzień.

Ale o tym już w innym odcinku ;)

Pozdrawiam

P.S. Według Smileya Gajdzin oznacza Długonosy, być może nabrało to takiego znaczenia z czasem. Nie wiem ;)

P.S.2. Fotki powklejam jak tylko obrobię w jakimś ludzkim stylu. Nie ma tam za dużo roboty ot jakieś 1500-1600zdjęć ;)

Link to comment
Share on other sites

P.S.2. Fotki powklejam jak tylko obrobię w jakimś ludzkim stylu. Nie ma tam za dużo roboty ot jakieś 1500-1600zdjęć ;)

 

Ooo to weź je na dysk do pracy. W czwartek wpadam po południu do Ciebie :-)

Link to comment
Share on other sites

(post skopiowany z innego forum, więc chronologia zaburzona ;) )

OK. Parę fotek z opisem ;)

1. Mniejszy Budda, ten stoi na zewnątrz i pomimo wielkich rozmiarów nie robi takiego wrażenia jak posąg większy:

1ea0c2d0288653c5m.jpg

Do środka posągu można wejść i zobaczyć jego mniejszą kopię, kiedyś złotą teraz brązową ;)

 

2. Meiko - czyli kandydatki na Gejsze, niesamowite wrażenie gdy obsługiwały nas przy stole (a były tylko 2 a nas 18 gajdzinów ;) ) i każdy miał wrażenie, że zajmują się tylko nim. Każde odwrócenie wzroku od stołu spotykało się ze wzrokiem Meiko. Jak one to robią nie wiem ale przeżycie jest niezapomniane. W trakcie kolacji zaprosiły do zabawy w kamień, papier i nożyce również moją lepszą połowę. Polska - Japonia 1:1 ;)

0faf93ee965142a7m.jpg

Jak widać dysproporcja wzrostu jest nadal znaczna ;) choć część młodego pokolenia Japończyków jest już prawie normalnych rozmiarów ;)

 

3. Oczywiście będąc w Japonii należy znaleźć jakiegoś Samuraia, choćby w miasteczku filmowym ;) Jak się pózniej okazało chłopak faktycznie jest jednym z mistrzów Ken-Do (droga miecza) i potrafi wywijać Kataną (oczywiste jest,że ja też sobie taki miecz kupiłem, prawda? ;) )

59fa4eaae3e56b66m.jpg

Będąc w temacie Katany to muszę wam powiedzieć, że moja jest mieczem paradnym i nie nadaje się do ostrzenia (nie mógłbym jej wywieźć....) ale byłem w sklepie, w którym wytwarza się miecze prawdziwe. Cena lekko mnie odstraszyła bo za klingę bez oprawy i pochwy trzeba by wybulić.... 1milion jenów (jakieś 23tysiące złotych) nie zmienia to jednak faktu, że na realizację takiego zamówienia trzeba czekać ponad rok bo jest tylko jeden mistrz płatnerz i ma za dużo roboty...dobry numer co? ;)

 

4.Równie ciekawym jak obrządek buddyjski jest celebra Shintoistyczna, nam udało się upolować jakąś ichniejszą ceremonię i wbrew zakazowi narobiliśmy fotek (tak, tak tylko Polacy tak potrafią ;) wiem)

e728e20d92c075a1m.jpg

Cały ten rządek przemaszerował jakieś 500 m nie tracąc ani centymetra z odległości między sobą... jak oni to robią?? ;)

 

5. Chyba nasłynniejszy japoński budynek - Złoty Pawilon. De facto jest tylko pokryty złotą folią, dodatkowo przeszedł pożar gdy jeden z tamtejszych mnichów doszedl do wniosku, że Japonia umiera i kodeks Bushido przestaje obowiązywać a to oznacza, że nie zasługuje na Zloty Pawilon. Na szczęście większość się uratowała i została poddana renowacji. Dziś wygląda jak funkiel nowka ;)

51f854222cd0c6e4m.jpg

Pałac został ufundowany przez Cesarza Yoshimitsu a ogród liczy sobie coś koło 700 lat...

 

6. W jednym z hoteli zafundowano nam mieszkanie w stylu rdzennie japońskim. Muszę powiedzieć, że Japończycy nie żyją zbyt wygodnie i mając i tak malo przestrzeni do dyspozycji kombinują coby Dojo zawsze w domu było.... Tu Mała w Yukacie na świętch matach tatami, na które nie wolno wejść w żadnym obuwiu (gorzej Japończyka obrazić nie można jak tylko wleźć w klapkach od WC na matę tatami ;) )

239a19a6570ce39em.jpg

Oprócz tego hotel był na najwyższym poziomie z wodami termalnymi, solankami, basenami leczniczymi, sauną oraz jaccuzi z temperaturą wulkanu ;) Mieli nieświeże krewetki, bo drogą eliminacji doszedłem do wniosku, że to musiało mi zaszkodzić, wszkaże butelka Jacka Danielsa z gwinta i zapita łykiem Coli nie sieje takich spustoszeń w żołądku, prawda?? ;)

 

7. To obraz strego Shinkansena, słaby jest bo jedzie max. 250km/h :) i musi zwalniać na zakrętach do 200 (lipa, nie? :D ). Jechaliśmy też nowszym Shinkansenem i ten zapylał już ponad 300km/h. W Lipcu ma być premiera najnowszej zabawki (wszak TGV nie może być szybsze, prawda? ;) ). Jaka będzie jego V-max nie wiadomo ale ma pobić wszystko co jeździ.

2cfe25dce77b9d08m.jpg

 

Jak odzyskam fotki od Dyrekcji to wrzucę zdjęcia nowszego typu, przezwanego przez nas kaczodziobem z racji zbliżonego wyglądu ;)

 

To na razie tyle. Jak znajdę troszkę czasu powbijam więcej.

Pozdrawiam

Link to comment
Share on other sites

Cena lekko mnie odstraszyła bo za klingę bez oprawy i pochwy trzeba by wybulić.... 1milion jenów (jakieś 230 tysięcy złotych)

Kiedyś wartość miecza była liczona we wsiach, a wskaźnikiem jego jakości była liczba głów jaką był w stanie ściąć za jednym razem. Jedno zero Ci przeskoczyło - milion jednów to 23700 zł według obecnego kursu.

 

nie zmienia to jednak faktu, że na realizację takiego zamówienia trzeba czekać ponad rok bo jest tylko jeden mistrz płatnerz i ma za dużo roboty...dobry numer co? ;)

Płatnerzy coraz mniej, a dobry miecz zrobić nie jest sztuką łatwą a na dodatek pracochłonną. Osobna sprawa to ostrzenie i oprawa takiego dzieła sztuki.

Link to comment
Share on other sites

Jedno zero Ci przeskoczyło - milion jednów to 23700 zł według obecnego kursu.

Edited ;) Dzięki za poprawkę.

Pozdrawiam

Link to comment
Share on other sites

Jedno zero Ci przeskoczyło - milion jednów to 23700 zł według obecnego kursu.

Edited ;) Dzięki za poprawkę.

Pozdrawiam

 

Czekam na dalszą cześć pamiętnika, dawno sie tak nie uśmiałem, a klapki do WC na boskich tatami mnie rozwaliły.

 

P.S. Jak chcesz to na Plejadach Cię pomierzę i możesz mieć katanę na wymiar służącą to cięcia za ok 3500-4000 zł całą. :)

Czas oczekiwania tylko ok 100 dni.

Link to comment
Share on other sites

Intakwrx, a gdzie kuta będzie i z ilu warstw?

 

Idealna reprodukcja miecza Musashiego jest dostępna dla prawdziwego miłośnika Tradycyjnych Sztuk Walki - Aikido,Iaido/Iai-jutsu,Kendo/Ken-jutsu.Miecz (katana)jest kuty ręcznie przez współczesnych płatnerzy w Japoni,ze szwedzkiej stali ASSAB K-120C.Podczas kucia i hartowania użyto tradycyjną metodę gliny,co powoduje twardość ostrza miecza HRC 60 oraz widoczą 'hamon',jasną falowaną linię utwardzania,natomiast pozostała część 'shinogi' HRC 40.Miecz takiej konstrukcji zachowuje idealną jakość (sprężystość klingi i twardość ostrza) co jest absolutnie niezbędne podczas testów w Batto-jutsu jak tameshigiri (przecinanie bali słomy i bambusów).Katana może być swobodnie używana podczas treningu Iaido/Iai-jutsu,jednak z zachowaniem dużej ostrożności.Miecz posiada tradycyjną 'tsubę' wykonaną przez Musashiego (motyw dwóch pierścieni),oraz wydłużoną rękojeść do 15'cali,co ułatwia swobodne i dynamiczne przemieszczanie się broni w różnych kierunkach oraz cięcia z wyjątkową mocą.Rękojeść jest pokryta prawdziwą skórą rekina,natomiast oplot jest z super skóry,umożliwiające idealne przyleganie broni do ręki.Ozdoby rękojeści 'menuki w motywie kapelusza i dwóch wioseł (również dzieło Musashiego).'Saia' jest wykonana z jap.drewna,pokryta czarną laką z wtopionymi motywami miedzi w postaci liści co oddaje wrażenie piękna w prostocie,opleciona tradycyjnym sznurem 'sageo'.Długość miecza 45'cali:ostrze 30',rękojeść 15'. Katana wyposażona jest w fyterał oraz box do konserwacji miecza (olejek 'choji',proszek szlifierski,młoteczek'mekugi'

 

Za tą cenę oczywiście nie jest to Katana stricte tradycyjnie robiona. Do treningu cięć już się nadaje. Szkoda złamać albo skrzywić taką za 23700 zł :P Wybór wzorów oczywiście większy. Wzór "Musashiego" oczywiście komercyjnie najlepiej schodzi :P Po dokładnym przeliczeniu moja oferta to ok. 2370 zł

Link to comment
Share on other sites

P.S. Jak chcesz to na Plejadach Cię pomierzę i możesz mieć katanę na wymiar służącą to cięcia za ok 3500-4000 zł całą.

Czas oczekiwania tylko ok 100 dni.

Intakwrx, czy masz na myśli te hiszpańskie, które po jakimś czasie rdzewieją jak się źle z nimi człowiek obchodzi??

Link to comment
Share on other sites

P.S. Jak chcesz to na Plejadach Cię pomierzę i możesz mieć katanę na wymiar służącą to cięcia za ok 3500-4000 zł całą.

Czas oczekiwania tylko ok 100 dni.

Intakwrx, czy masz na myśli te hiszpańskie, które po jakimś czasie rdzewieją jak się źle z nimi człowiek obchodzi??

 

Nie to nie Hiszpańskie. I prawdziwe Katany też rdzewieją lub matowieją jak nie konserwujesz :)

Link to comment
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
 Share

  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...