Jump to content

Crazy_Ivan

Użytkownik
  • Content Count

    1609
  • Joined

  • Last visited

About Crazy_Ivan

  • Rank
    ..:: Subarofanatoholik ::..

Profile Information

  • Gender
    mężczyzna
  • Skąd
    Mazowsze w większości
  • Auto
    Turbodziad - szatan; XT A-grupa project :D

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Subariada niestety wymaga sporych nakładów czasu i środków, a tutaj był to wyjazd "na szybko". Nie, żebym nie wolał Subariady, ale jak się nie ma, co się lubi...
  2. @Kambol - ta akurat jest prawdziwa Ale przykład sztucznych masz tu:
  3. Bilet lotniczy w obie strony zależnie od konkretnego dnia 500-800zł. Wszystkie pozostałe koszty (taksówki, noclegi, przewodnik w góry, wypożyczenia raków, bilety kolejowe, posiłki, alko, jakieś drobiazgi dla rodziny, etc, wyszły nam na głowę koło 250E. Luksusów niewiadomo jakich w tym nie było, ale też nie żałowaliśmy sobie jedzenia, czy kawki na mieście.
  4. Dzięki! Ja gdybym miał odrobinę więcej czasu, wróciłbym tam znów tydzień później Odpuściliśmy masę rzeczy, które zapowiadały się bardzo ciekawie, ale pierwsze wizyty takie są. Dla mnie kierunek mega.
  5. Czwartek, Marakesz Znów idziemy przez główny rynek Marakeszu. Powietrze tętni muzyką, zapachami i gwarem rozmów. Mam wrażenie, że nie zniknęły nawet na moment, odkąd byliśmy tu 48h wcześniej. Wchodzimy w jeden z ciasnych zaułków i trafiamy na miejsce dzisiejszego noclegu. Znów przenosimy się w zupełnie inny świat – prosto z zatłoczonej uliczki, do wnętrza klimatycznego, cichego riadu. Mamy czysty pokój i ciepłą wodę w łazience, a wszystko w pięknym otoczeniu. Do tego cudownie miękkie łóżko z czystą pościelą aż kusi, żeby się w nim zapaść. Luksus. Wychodzimy na taras na dachu, żeby zjeść na kolację nasze ugotowane w Casa jajka. Samotną turystkę Marcin wita standardowym dla niego polskim „cześć” i po raz pierwszy z Maroko, słyszy w odpowiedzi… ”cześć”. Ania pochodzi z Lublina i pewnego dnia po prostu zwolniła się z pracy, po czym przyleciała do Maroko. W końcu życie mamy jedno. Na dodatek jest tylko z małym, podręcznym plecakiem, w którym ma zamiar zawieźć do domu kupiony w Marakeszu dywan. Okazuje się, że wracamy jutro tym samym samolotem, więc ustalamy, że pojedziemy wspólnie taksówką. Z kolei jako, że sama nie miała do tej pory śmiałości zapuszczać się w uliczki medyny po zmroku, umawiamy się, że zabierzemy ją dziś ze sobą. Krążymy przez jakiś czas alejkami w pobliżu placu, ale w końcu obieramy kierunek w głąb miasta. Zamiast malowanych talerzy dla turystów wolimy oglądać jak naprawdę plecie się wiklinowe kosze i kuje stal. W jednym z budynków, z drzwi bucha gęsty siwy dym, a prowadzące pod ziemię schody jarzą się czerwienią od ognia. Czy wypiekano tam chleb, czy cegły, nie zdołaliśmy się dowiedzieć. Czas mija szybko, a uliczki pustoszeją. Zamykający stragany Marokańczycy patrzą na nas ze zdziwieniem. W końcu stwierdzamy, że pora zawrócić, co zbiega się z napotkaniem grupki dzieci i wyrostków którzy radzą nam to samo. Dwóch, może 20 letnich chłopaków upiera się, że odprowadzi nas do głównego placu. -I’m Mustaffa mister! I’ll help you -I’m ok. No, thanks. I don’t need your help -I’ll help you Kiedy zatrzymują się na chwilę, idziemy dalej licząc, że ich zgubimy. W jednym z zaułków trafiamy jednak na kratę i musimy zawrócić, co znów sprowadza na nas Mustaffę. W końcu oświadcza nam, że główny rynek jest 200m przed nami i żąda zapłaty za swoją „pomoc”. Żeby nie wdawać się w niepotrzebne spory, wyciągam drobne dirhamy i euro, jakie jeszcze mam. Nasz nowy marokański znajomy nie jest jednak usatysfakcjonowany kwotą i chce więcej. Sytuacja robi się napięta. W końcu w ręku Mustaffy pojawia się zrobiony ze stalowego płaskownika nóż. Wyjmujemy swój sprzęt szykując się do konfrontacji. W międzyczasie do Mustaffy dołączają kolejni koledzy, jednak chyba orientują się, że nie trafili na bezstresowo wychowywanych chłopców z Europy i odpuszczają stopniowo. Odciągają wciąż lamentującego Mustaffę i odchodzą. Wracamy do siebie i proponujemy jeszcze Ani wspólną, pożegnalną „posiadówkę” przy whisky, ale wykręca się zmęczeniem. Piątek, Marakesz/Kraków/Warszawa Powrót to lotniskowy standard. Znów, tak jak przy wjeździe wypełniamy kartki informacyjne i odstajemy swoje w kolejkach. W Krakowie z lotniska do centrum jedziemy Uberem z ukraińskim kierowcą. Znów czysto. Znów spokojnie. Znów u siebie. Na dworzec kolejowy docieramy akurat na czas, żeby kupić po kawie i pożegnać się. Piotrek i ja ruszamy do Warszawy, a Marcin musi czekać na pociąg do Zachodniopomorskiego. Do domu dotrze dopiero jutro po południu. Maroko to kraj totalnych sprzeczności i chaosu. Miejsce, gdzie europejskie wzorce cywilizacyjne mieszają się w wielkim garnku z dzikością Afryki, mauretańską sztuką, berberyjskimi pasterzami i tysiącem innych składników. Czasem piękny, a czasem paskudny, ale nie da się zaprzeczyć, że przed wszystkim ciekawy. Jeśli dotarliście aż tu, to wybaczcie średnią jakość niektórych zdjęć, ale zgrywane były z 4 róznych źródeł, a po poskładaniu w całość tej relacji nie starczyło mi już cierpliwości na dobieranie rozdzielczości. Jak jakieś zdjęcie was interesuje szczególnie, wrzucę większe.
  6. Czwartek, Casablanca Do rana rozpogadza się, a jajecznica z wielką ilością cebuli na śniadanie poprawia nam humory. Resztę jajek z kupionej wczoraj wytłaczanki gotujemy na twardo i zabieramy ze sobą w pojemniku zrobionym z obciętej butelki. Napoje wrzucamy do torby termoizolacyjnej, wypełnionej lodem. Dziś pogoda jest lepsza, za to do południa nad miastem unosi się szara mgła. Idziemy jeszcze raz pod meczet Hasana II, tym razem obejrzeć go dokładniej. Może to kwestia aury, a może mojego nastroju, ale jest dziś inny – majestatyczny i dumny; w jakiś sposób magiczny. Najwyższy na świecie, ponad 200metrowy minaret, ledwo można uchwycić do zdjęcia. Gdzieś na horyzoncie ponad zabudowę miasta wybija się charakterystyczny kształt latarni morskiej. Czwartek, Casablanca Idziemy przez stary targ. Wszędzie dookoła porozstawiane stragany uginają się od owoców, warzyw, przypraw i wszelkich możliwych wyrobów. Chyba turyści nie trafiają tu za często, bo wyróżniamy się spośród miejscowych, w naszych kolorowych ciuchach. Domy wokół, wybudowane bez ładu i składu rozpadają się miejscami, pajęczyna kabli zwisa przypadkowo, a pośród śmieci buszują wygłodniałe koty. Kiedy w końcu wchodzimy w centrum miasta, kontrast jest ogromy. Szerokie ulice z nowoczesnymi tramwajami otoczone są przez odnowione budynki, a ludzie w garniturach śpieszą się do swoich spraw. W pewnym momencie rozdzielamy się – Marcin przechodzi przez zadaszony pawilon handlowy, a my z Piotrkiem, przez nieduży placyk z kawiarniami. Jest pora modłów, więc część z muzułmanów klęczy na ziemi bijąc pokłony w kierunku Mekki. Obaj z Piotrkiem wyłapujemy na sobie spojrzenie 2 wielkich, brodatych gości siedzących w jednej z kawiarni. Patrzą na nas wzrokiem, jakby ich jedynym marzeniem było pozbawienie nas głów. Jeśli teraz, tutaj, się zakotłuje, marnie widzę nasze szanse… Idziemy dalej nasłuchując, co dzieje się za nami, a chwile później znów jesteśmy już przy jeden z większych ulic. Krótki moment, ale zapamiętamy go na długo. Dworzec kolejowy w Casablance przypomina w środku nowoczesne lotniska, a przed nim rozciąga się zadbany park. Można by pomyśleć, że kiedy kilka godzin wcześniej szliśmy przez brudną, chaotyczną medynę byliśmy w jakimś zupełnie innym mieście.
  7. Wtorek, Marakesz Z pustkowia pełnego kamieni, pyłu i co najwyżej śniegu trafiamy w sam środek kalejdoskopu. Ulica w centrum Marakeszu jest pełna kolorów, zapachów i ludzi tak różnych, jak tylko można sobie wyobrazić. Zwykli mieszkańcy Maroko mieszają się z europejskimi turystami, backpackersami, Berberami, azjatami i hebanowymi mieszkańcami wnętrza Afryki. Idziemy przez to ludzkie mrowisko szukając swojego hotelu. W końcu wchodzimy w bramę, wprost z głównej ulicy i jesteśmy na miejscu. Oczywiście pokój odbiega od tego ze zdjęć w internetowym ogłoszeniu, o poziom zaawansowanego photohopa, a w łazience na korytarzu jest tylko zimna woda. Z drugiej strony śpimy tu tylko jedną noc, a okno wychodzi na odległy o raptem 300m Meczet Koutoubia- symbol miasta. Ogarniamy rzeczy i ruszamy w miasto. Tażin w restauracji za rogiem smakuje całkiem nieźle, chociaż nierozerwalnie związany jest z ochlapaniem spodni gorącym tłuszczem, kiedy kelner z dumą zdejmuje pokrywkę z tradycyjnego naczynia. Carrefour to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można w tym mieście kupić alkohol, więc uzupełniamy zapasy whisky. Po drodze zauważamy też, że niektóre palmy to atrapy, w rzeczywistości będące… przekaźnikami radiowymi. Ulice w Marakeszu da się opisać tylko jednym słowem – pierdolnik. Wszystko od roweru, przez motocykle, wozy konne, samochody osobowe, autobusy, aż po ciężarówki, jedzie w każdym możliwym kierunku ignorując pieszych, trąbiąc przy każdej okazji i nie zwracając uwagi na jakiekolwiek przepisy. Bramą do starego miasta, Medyny, jest plac targowy – niewyobrażalny kocioł w którym współczesność miesza się z XIX, i XVIII wiecznym folklorem. Otoczeni wiankiem słuchaczy opowiadacze historii zagłuszani są przez grających na bębnach czarnych Afrykańczyków. Małpa na łańcuchu prosi o datki tuż obok dumnie prężącego się na przedramieniu Berbera sokoła. Zapach pieczonego mięsa unosi się z dymem widocznym w oślepiających światłach. Białe konie zaprzęgnięte w groteskowe powozy stukają kopytami o bruk, a obok cztero, może pięcioletnia dziewczynka klęczy żebrząc o kilka dirhamów. Trzydzieści minut po północy. Idziemy przez środek tego kipiszu, kiedy chłopak, koło 20 lat podbiega do Piotrka i zaczyna przekonywać go, że zna świetny lokal, jako koronny argument podając, że serwują tam wódkę. Piotrek niedbałym ruchem odkręca butelkę po wodzie, którą ma w ręku i podsuwa Marokańczykowi pod nos. Akurat niesie Jamesona, na nasze turbo-cole. -Smell this! Oczy Marokańczyka robią się większe i większe, kiedy alkohol uderza w jego nozdrza. -Please! Mister! Give me! Give me! Znika i po kilku sekundach wraca z plastikowym kubkiem, nie przestając błagać. Ma dziś szczęśliwy dzień i kiedy Piotrek polewa mu 50ml, zastanawiam się, kiedy znów spróbuje whisky po 40$ za flaszkę. Uliczki Medyny są ciasne, ale niezwykle klimatyczne. Szybko opuszczamy te główne, pełne turystów i zagłębiamy się w labiryncie kamiennych ścian. Im dalej, tym bardziej sklepy z tekstyliami i pamiątkami dla turystów ustępują miejsca rzemieślniczym wytwórniom i pracowniom. Pełne złomu warsztaciki naprawiają rowery, surowe mięso wisi przed kramami, ku uciesze rojów much. W na wpół zrujnowanym budynku ktoś kuje młotkami jakieś części. Piotrek wchodzi do lokalnego szaletu i po 2 czy 3 minutach umysł każe mi się zastanawiać, czy na pewno z niego wyjdzie, czy może już ktoś wyniósł go tyłem i właśnie obcina mu głowę. Z drugiej strony byłoby słychać, na ile go znam… Środa, Marakesz Ziiiiimno… Woda pod prysznicem ma jakieś 5 stopni. Można zatęsknić za luksusem. Na szczęście dziś wieczorem śpimy w apartamencie w Casablance. How glamour is that? W drodze na dworzec zaliczamy śniadanie w lokalnej restauracji i wysyłamy kartki na poczcie. Na stacji kolejowej wpatrujemy się chwilę w tablicę odjazdów próbując rozszyfrować arabskie „robaki”. Na szczęście 0,5 minuty później zmieniają się w alfabet łaciński. Przed wyjazdem wpadamy do McDonalda na dworcu. Patrzę na chłopaków czekających na zakup lodów, kiedy stojący za nimi w kolejce Marokańczyk zagaduje: -Prziepraszam, jesteście z Polski? Okazuje się, że gość studiuje w naszym pięknym kraju i usłyszał fragment rozmowy. Świat bywa mały. Pociąg do Casablanci jedzie ok. 3h. W środku przypomina nasze „pośpiechy”; pasażerów mało. Sam wyjazd z Marakeszu zwraca uwagę slumsami na obrzeżach miasta, gdzie ludzie żyją w szałasach skleconych z kawałków drewna, blachy i wszystkiego, co wpadnie im w ręce. Za oknem dominują kamieniste pustkowia, przeplecione polami uprawnymi i miasteczkami. Taka monotonia ciągnie się całą drogę. Dobrze, że turbo-cola jest zimna. Casablanca też jest zimna. Wieje tak, że cienkie drzewka za oknem kładą się prawie do poziomu, a niebo zasnute jest ciężkimi chmurami. Ubieramy się cieplej i ruszamy w kierunku naszego lokum. Nie ma białych secesyjnych domów – są obdrapane, szare bloki, pokryte gdzieniegdzie pstrokatym graffiti. Gdyby nie napisy po arabsku, to równie dobrze mogłyby to być biedne osiedla Paryża. Marzę o tym, żeby wreszcie być już na miejscu. Poodbijałem stopy na zejściu z Toubkala i teraz każdy krok boli żywym ogniem. Skóra na całych piętach poodchodziła i trzyma się tylko na brzegach, a 20 kilowy plecak nie ułatwia sprawy. Trzeba było jednak zabrać „adidasy”, a nie tylko górskie „podchodzeniówki” W końcu zatrzymujemy jedną z miejskich taksówek i pytamy o cenę dowozu do miejsca naszego dzisiejszego noclegu. Po usłyszeniu odpowiedzi jesteśmy w ciężkim szoku – to jakieś grosze. Widać oficjalne, miejskie taksówki, korzystając z taksometrów nie mogą specjalnie obłupiać się na turystach. Gdybyśmy wiedzieli o tym już na dworcu, cierpiałbym znacznie krócej. Nasz apartament opisany jest jako „ocean view” i rzeczywiście – taksówkarz dowozi nas pod pierwszą linię budynków nad brzegiem. Dzwonimy do właściciela lokalu i czekamy na jego pojawienie się nieco zniecierpliwieni, w myślach, wyciągając się już na łóżkach przy cieple rozpalonego kominka. W końcu pojawia się ktoś z kluczami. Blok się rozpada. Na szczęście nie część mieszkalna, ale znajdującą pod spodem kondygnację podziemną wyciągnięto poza obrys budynku, gdzie poobrywany beton wisi nad gruntem i spacerującymi kurami. W mieszkaniu jest syf. To nie bałagan, tylko brud niesprzątanego miejsca. Wszystko w kuchni pokrywa gruba, lepka warstwa tłuszczu i brudu, a łóżka niepokojąco każą się zastanowić co w nich mieszka. Na ścianach gdzieniegdzie widać grzyb, a całości dopełnia 20cm szczelina między szybą a ścianą w salonie. Zupełnie, jakby ktoś zapomniał o wstawieniu framugi. Kominek oczywiście jest atrapą, mamy za to naklejkę na suficie wskazującą kierunek, w którym znajduje się Mekka, gdybyśmy zechcieli się pomodlić. Dobrze, że deszcz na zewnątrz nie zacina za mocno, bo mielibyśmy powódź. Jako, że Booking pobrał już pieniądze z karty, ostatecznie decydujemy się zostać. To w końcu jedna noc, a zdarzało nam się spać w gorszych warunkach. Od gościa od kluczy uzyskujemy przynajmniej po negocjacjach jakiś płyn do naczyń, choć nieco go dziwi nasza prośba. Sprzątamy i myjemy kuchnię na tyle, żebyśmy chociaż nie bali się z niej korzystać i uciekamy przed resztą mieszkania, na miasto. Casa przypomina mi nasz „ocean view apartament” – brzmi dumnie i ciekawie, ale jest brzydka, brudna i zaniedbana. Siąpiący deszcz i przenikliwy ból stóp przy każdym kroku, dopełniają całości. Dziś mam szczerze dość tego miejsca. Przed powrotem do siebie nadkładamy jeszcze kilkaset metrów i podchodzimy pod znajdujący się nad brzegiem oceanu meczet Hasana II. Idziemy przez rewitalizowane nadbrzeże, które niedługo stanie się zielonym skwerem, ale na razie przypomina raczej plac budowy. Sącząc piwo Casablanca patrzę na trzeci największy na świecie meczet i myślę, że wcale nie jest jakiś imponująco wielki. Fakt, że dziś, kiedy niebo kłębi się czarnymi chmurami, a ocean tłucze podstawę budowli falami, jest w tym coś mrocznego i przytłaczającego, niczym z Tolkienowskiego Mordoru. Dopiero po chwili orientuje się, że wielkość, jaką oceniłem, jest złudzeniem. Jesteśmy dalej, niż sądziłem, a meczet rośnie coraz bardziej z każdym krokiem. Kiedy wracamy w deszczu, jakiś brodaty lokals z obłędem w oczach zaczyna mi coś tłumaczyć, a potem pokazując, abym mu towarzyszył, przechodzi za krawędź opadającego dobre 5m w dół nabrzeża. Kiedy wychylamy się za nim, znika w tunelu gdzieś pod nami. Czasem w snach można poczuć nieuzasadnioną, za to wszechobecną, mroczą grozę – taką właśnie zapamiętałem Casablancę tego dnia. Już w mieszkaniu dzwonie na chwilę do domu. Z chłopakami, nocne Polaków rozmowy ciągną się nam do późna w nocy.
  8. Maroko – brzmi egzotycznie. A jeśli jeszcze połączyć to z wyjściem w góry, robi się jeszcze ciekawiej… Sobota/Niedziela, Warszawa Marcina poznaję kilka godzin przed wylotem. Pakujemy się jak zwykle do ostatniej chwili. Wyjmujemy, dokładamy i zmieniamy koncepcje. Śpimy godzinę. Gdzieś między nocą i świtem wsiadamy w taksówkę i jedziemy na Okęcie. W sklepie bezcłowym kupujemy 2 butelki edycji specjalnej Jamesona (Bold i Round) i Jacka Danielsa. Tego ostatniego rozlewamy po równo w 3 butelki, przygotowując turbo-Colę na drogę. Niedziela, Marakesz Gorąco. Lotnisko, jak każde inne – schludne i nowoczesne. Przy wjeździe do tej krainy szczęśliwości wypełniamy jeszcze deklaracje z naszymi danymi osobowymi, zawodem, etc (jakie rodo?) i już jesteśmy na terenie Maroko. Przed terminalem w twarz uderza fala gorącego powietrza, dotkliwie odczuwalna przez przestawione w tryb zimowy organizmy. Taksówki ciągną się szeregami żółtych samochodów. Część z nich to zwykłe taxi jeżdżące tylko po Marakeszu, część Grand Taxi i takiej właśnie szukamy. Negocjujemy ceny, przekonując przewoźników, że nasi znajomi byli tu 2 tygodnie temu i zapłacili za tę samą trasę 40E. Dwóch odpuszcza, trzeci każe nam wsiadać. Europa kończy się wraz z minięciem płotu lotniska. Marakeszu widzimy niewiele, szybko opuszczając miasto. Niedziela, Imlil. Mała miejscowość stanowiąca bramę do naszego celu – Jebel Toubkal (4160m n.p.m.) Równie dobrze mógłbyś być w Maroko, Syrii, lub Afganistanie. Posklejane z kamieni, błota i zwierzęcych odchodów domy wciśnięto w zbocza okolicznych wzgórz. W każdym sklepie kupisz Coca-Colę, a na straganach wiszące kawałki kóz oblegają roje much. -Yes, please -Yes mister -Come, come Jest gorąco i zimno jednocześnie. Imlil Hostel nie wyróżnia sie spośród innych budynków. Na klucze do pokoju czekamy kwadrans. My mamy zegarki, oni mają czas. W międzyczasie dostajemy Berber Whisky – lokalną herbatę z miętą. Cechy charakterystyczne – jasna, mętna, słodka, z niewiadomego pochodzenia farfoclami. Podaje się ją w niedużych, brudnych szklankach, wlewając w wysokości (im wyżej, tym lepiej), przy okazji chlapiąc na stół, pijącego i wszystko co znajduje się w okolicy. Dla zachowania ceremoniału, podczas nalewania należy zachować najwyższą powagę i postawę pełną dumy. Pokój nie załamuje. Jest w miarę czysto, chociaż chłód odczuwalny w kamiennym budynku nie rokuje za dobrze na noc. Gorzej wygląda sprawa z łazienką. Kabiny prysznicowej brak, a na ścianach panuje rodzaj grzyba do dziś niesklasyfikowany przez mykologów. Ostatecznie nie jest źle. Idziemy na spacer, jeszcze trochę do góry, a potem wracamy do wioski na obiad. Na jednym z podwórek znajdujemy lokalną restaurację wystrojem mieszającą egzotykę z kiczem. Siadamy na rzuconych na ziemię „dywanach” i popijamy kolejne szklanki Berber Whisky w oczekiwaniu na zamówiony Tażin. Ten ostatni, czyli mieszanina baraniego mięsa, tłuszczu, kości i warzyw podanych w charakterystycznym półmisku znika szybko w naszych żołądkach. Płacimy słono i wychodzimy „niedojedzeni”. Życie. W hotelu Jameson i ciepłe puchowe śpiwory przywracają nam dobry humor. Jameson smakuje słodko, prawie burbonowo – dąb amerykański robi swoje. Poniedziałek, Imlil Ranek jest zimny tym charakterystycznym chłodem, który każe Ci założyć puchówkę i klapki jednocześnie. Śniadanie składa się, poza pieczywem, z jajek, miodu, dżemu i obrzydliwie słodkiego masła orzechowego. Są też oliwki czarne (gorzkie) i zielone (kwaśne), pokryte wyjątkowo ostrą pastą (całkiem ok, ale jednak żołądek mówi „nie” o 7 rano). Zostawiamy część gratów w hostelu i ruszamy w góry. Zaczepiają nas lokalsi przekonując, że na Toubkal wolno tylko z przewodnikiem. Mijamy ich idąc ścieżkami wijącymi się między chatami i przez podwórka. Podsterunek kontrolny, 2km za Imlil Podobno w góry wolno iść tylko z przewodnikiem. Od kiedy 2 skandynawskie dziewczęta dekapitowano w tej okolicy, takie są wymagania. Ale czy na pewno? Lokalsi mieniący się „przewodnikami górskimi”, ale będący w rzeczywistości okolicznymi wieśniakami, zbierają od turystów haracz i prowadzą ich w góry. Z kolei, aby przekroczyć posterunki kontrolne, trzeba wpisać w książkę wejść dane z marokańskiego dowodu osobistego… Dochodzimy na posterunek i zaczynamy od odpędzenia się od hordy marokańskich, samozwańczych przewodników. -Mister, no go alone -Tubkal, guide, guide -Can’t go without guide! Nasze paszporty lądują na biurku w punkcie kontrolnym. Żołnierz najpierw krzywi się niezadowolony, potem drapie po głowie nie wiedząc, co zrobić a ostatecznie ignoruje je, z wyrazem zwycięstwa na twarzy. Czekamy 20 minut i znów podsuwam mu paszporty pod nos. W końcu budzi swojego przełożonego. Ten wstaje, przyodziewa pas z kaburą, a nawet buty zamiast klapek i dopytuje podwładnego o powód zamieszania. W końcu ze zbolałą miną ubiera się i staje przed posterunkiem we władczej pozie. Zaszczyca spojrzeniem nasze paszporty i znów trafiają ono w to samo miejsce na biurku. Kolejne minuty mijają leniwie… Podchodzę do żołnierza siedzącego za burkiem punktu kontrolnego i znów przesuwam paszporty pod jego nos. Znów widzę, jak próbując je ignorować zerka na boki…. Czekamy… W końcu zabieram nasze dokumenty i ruszamy przed siebie. Po mniej więcej 30 metrach za naszymi plecami podnosi się krzyk. Wracamy na punkt kontrolny i po raz kolejny podsuwam nasze paszporty pod nos żołnierza. Zaczynamy dyskusję o konieczności posiadania przewodnika górskiego. Pan odsyła nas do pobliskiej tablicy, gdzie taka opcja rzeczywiście widnieje jako zalecana, acz nie obowiązkowa. Raz za razem toczymy te same rozmowy odwołując się do ministerstwa turystyki włącznie. W końcu pomysłowy dowódca checkpointu każe nam wrócić do Imlil po pieczątkę z posterunku policji. Z powrotem to 2h w jedną stronę więc w sumie mielibyśmy cały dzień w plecy. Ostatecznie zaczynamy negocjacje, ze zrezygnowanymi już przewodnikami koczującymi, obok punktu kontrolnego. Ze 120E jakie zdzierają z turystów z zachodniej Europy, zbijamy cenę do 50E za 2 dni. Przewodnik który rusza z nami, aby bronić nas przed terrorystami z Al-Ka’idy ma jakies 160cm wzrostu i 50kg wagi. Moglibyśmy go nieść. Jest już popołudnie, więc ruszamy w górę, czym prędzej. Droga wije się miedzy kamieniami, co jakiś czas mijając pojedyncze lepianki. W końcu zatrzymujemy się na postoju i w lokalnym sklepie zamawiamy kawę. Przychodzi spieniona na wierzchu lepką, słodką pianą. Szklanki są brudne jak zwykle, ale skoro woda na kawę pochodzi prawdopodobnie ze strumienia, to czego się spodziewać. Piotrek idzie do toalety znajdującej się za murem – za zasłonką, znajduje osadzoną w skale „skocznie”, z której zawartość, aż wybija na zewnątrz. Takie realia – trzeba zrobić swoje i iść dalej. Znów pod górę, coraz wyżej i wyżej. Słońce pali niemiłosiernie. Cały szlak śmierdzi odchodami osłów, które co jakiś czas wyprzedzają nas, taszcząc do schronisk bagaże, co leniwszych turystów. W końcu zza skał wyłaniają się sylwetki dwóch schronisk – Marokańskiego i Francuskiego. Idziemy do francuskiego – w obu ceny są generalnie te same, ale tutaj mamy lepsze pokoje. Rezerwujemy też raki dla dwóch z nas. Piotrek zabrał z Polski raczki i te okazują się wystarczające, skoro nasz przewodnik ma takie same. Dla Marcina i dla mnie wypożyczamy raki ze schroniska. Najpierw dostajemy je nie do pary, potem lokalny przewodnik przekonuje Marcina, że pełne automaty bardzo dobrze siedzą na jego miękkich butach… Ok… W końcu udaje się znaleźć 2 komplety, ale okazuje się, że w tych Marcina, zęby są okrągłe. W odpowiedzi na pytanie do naszego przewodnika, słyszymy, że „everything is ok”. Całą sytuację zrozumiemy dopiero nad ranem… Znów doświadczamy mieszaniny zimna i ciepła. Grzejemy się przy piecu, tylko po to, aby potem wykąpać się w temperaturze bliskiej zeru. Na kolację zjadamy makaron z sosem paprykowym, który wydaje się stanowić jeden z fundamentów diety lokalsów. Wtorek, Toubkal Wstajemy po 3. Z żalem opuszczamy śpiwory i staramy się ubrać, robiąc przy tym jak najmniej hałasu. Niektórzy jeszcze śpią, jednak większość osób szykuje się w tym samym czasie, co my. Na zewnątrz widzimy jak nasz przewodnik poprawia drugiemu, również przewodnikowi, założone tył na przód raki i już rozumiemy, czemy „everything is ok.”. Gość prowadzi ludzi na 4 tysięcznik i nie umie założyć raków… Sznur czołówek ciągnie się przez zbocze nad i pod nami. W sumie kilkadziesiąt idących w różnym tempie osób. Trudności wspinaczkowych w zasadzie brak, chociaż stromizna i rzeźba terenu powodują, że przy potknięciu, bez czekana można zjechać dobre 300 metrów. Pokonujemy najpierw stromy stok, a potem idziemy łagodniejszym już żlebem. Świt zastaje nas na grani, gdzie odbijamy w bok, w kierunku szczytu. U celu jesteśmy jakieś 30 minut później. Odpoczywamy chwilę, zjadamy batony i robimy zdjęcia. Mimo wschodu słońca, chłód doskwiera nam coraz mocniej. Dodatkowo do zrobienia zdjęć zdejmujemy rękawiczki i efekty są natychmiastowe. Kiedy ruszamy w dół, zawzięcie ściskam i prostuję palce w prawej dłoni, starając się odzyskać w nich czucie. Głupio byłoby odmrozić się w Afryce… W końcu bezceremonialnie wkładam ją w majtki i po 2-3 minutach znów mam łączność z palcami. Piotrek czucie w dłoni łapie jakieś 5 minut później. Po krótkim odpoczynku w schronisku ruszamy na dół, żeby jeszcze dziś złapać taksówkę do Marakeszu. Schodzimy okrutnie paleni popołudniowym słońcem. Pożyczam od Piotrka ręcznik z mikrofibry, żeby chociaż trochę osłonić ogorzały kark.
  9. Crazy_Ivan

    Kubica w F1

    A Russell nigdy by nie skłamał. Np mówiąc o tym, jak go KUB wypchnął i przez to uszkodził skrzydło I ogólnie to team player, np jak twierdził, że RK ma problemy, bo nie ogarnia angielskiego i nie może się z inżynierami dogadać, to podobno zaproponował Robertowi korepetycje nawet
  10. Crazy_Ivan

    Kubica w F1

    Słyszeli już o spekulacjach włoskiego Motorsportu? Jak nie, to szukajcie (w skrócie - są wątpliwości, czy obaj kierowcy Williamsa mają identyczne silniki). A na zachętę, taki klejnot:
  11. Sugerujesz, że tym razem był pierwszy?
  12. Odnośnie użytkowania pickupów - posiadam Hiluxa i owszem, na codzień służy najczęściej za auto pasażerskie. Ale nie wyobrażam sobie nie mieć możliwości przejechać nim od czasu do czasu przez rzekę, albo pociagnąć betonowego słupa energetycznego po budowie... Te auta do tego służą.
  13. Bez przesady Ale BWP to nie czołg
×
×
  • Create New...